Lusia odeszła. Tak jak się nie odchodzi, jak nie powinno się odchodzić. Nagle, bez uprzedzenia, bez możliwości przewidzenia, pożegnania, przyzwyczajenia do samej myśli, że to możliwe... Moja kocia przyjaciółka, którą ostatnio trochę zaniedbałam, ale mimo
tego i ja i Ona stale czułyśmy niegasnącą więź i przywiązanie.
Chyba, że za takie ostrzeżenie uznać sen, jaki miałam z piątku na sobotę, czyli dzień przed... Śniło mi się, że nagle poczułam ruszające się zęby z jej strony szczęki. Otworzyłam usta i pięć wyleciało mi prosto na dłoń. Cienkich, małych, jakby mleczaków. Jednocześnie poczułam mocno puste miejsce po nich. Nigdy dotąd nie miałam snu o wypadających zębach. Z ciekawości sprawdziłam jego znaczenie w senniku,w różnych sennikach, bo wydał mi się bardzo symboliczny. W wielu miejscach pojawiała się informacja o stracie...bliskiej osoby i odczuwanej po niej pustce w domu.
Pamiętam, jak podczas pobytu u Ani we Wrocławiu, latem, obudziłam się rano i nagle przyszło mi do głowy, że muszę mieć kota. Kotkę. Biało-czarną. Wróciłam do Poznania, otworzyliśmy Allegro, a tam, śród wielu ogłoszeń - Ona. Taka, o jakiej pomyślałam. Czekała już na nas.
Lusia malutka- kłębuszek ciepła, Lusia dorastająca z czerwona obróżką, Lusia- mama, Lusia- tropicielka i indywidualistka, którą potrafiłam spotkać nawet w lesie, niedaleko domu... Lusia, która podobnie jak ja, choć w innym czasie przeszła swoją wielką metamorfozę i z kotki "miastowej" stała się kotką "wiejską" - wolną i niezależną.
Lusia wyrafinowana, pełna wdzięku i gracji...cierpliwa, ale też uparta i nieposłuszna. Cierpliwa w stosunku do dzieci. Jej ostatnie zdjęcia, jakie znalazłam to jak śpią z Witkiem na łóżku w śmiesznie wyciągniętych pozach. Ja leżałam obok. Lusia mruczała wtedy zadowolona. Lubiła się tak wygrzewać. Miała swoje ulubione miejsca.
Kiedy Witek był mały i leżał w łóżeczku czasami podchodziła i wąchała go, patrzyła i odchodziła na swoje miejsce. Miałam do niej zaufanie, wiedziałam, że jeśli sam się za bardzo o to nie postara, to nic złego mu nie zrobi.
Pozwalała mu się głaskać i przytulać, wtulać w swoje ciepłe futerko całym sobą. To na nią po raz pierwszy powiedział "Miau", czyli Kot.
Była taka lekka... Nie drobna, ale nie raz miałam wrażenie, jakby wcale nie ważyła.
Jest mi tak przykro... Tak bardzo chciałam, żeby Witek lepiej ją poznał... Pokochał, jak ja.
12 stycznia 2015
6 stycznia 2015
Nowy Rok i jak to z nim zazwyczaj jest...
"Za krańce świata nikt przecież nie zdoła mnie wygnać. W którąkolwiek udam się stronę, tam blaski słońca, tam migot gwiazd, tam sny czarowne, tam gędźba ptasząt, tam obcowanie z bogami!"
Epiktet
Bardzo mi się ten cytat spodobał i tego będę się trzymać!:) W chwilach zwątpienia, osłabienia i tzw. niemocy... Poza tym: niczego nie planuję, niczego sobie nie obiecuję, co jednak nie znaczy, że nie będę się starać... Mam już całą listę rzeczy i spraw, o które zamierzam lepiej dbać, zabiegać, pilnować, spełniać itd. Tak to już jest z Nowym Rokiem, że trochę zobowiązuje;)
Ten z góry zapowiada mi się trudny, bo w końcu, mam nadzieję, wyjaśni się kilka zaległych spraw z przeszłości, które już ciążą i nie do końca pozwalają się cieszyć nowym... Ale ogólnie cieszyć się zamierzam więcej. Wszystkim dobrym, co mnie spotyka. Wszystkimi dobrymi, którzy mnie otaczają, spędzają ze mną czas; kiedy wzajemnie cieszymy się swoim towarzystwem...
Mamy to szczęście, że tak, jak przez cały rok brakuje przeważnie czasu na spotkania ze znajomymi, bo i też części ich nie ma już w kraju, tak w przerwach świątecznych odrabiamy wszystkie zaległości i robi się wtedy tłoczno, miło i serdecznie! A poczucie, że ma się dobrych i przyjaznych ludzi obok, to jedno z moich ulubionych! Dlatego niczego sobie nie oszczędzam i widzimy się tyle, ile można! Od pewnego momentu poznają się też nasze Dzieci i to jest dopiero doświadczenie!:)
Takie dwa Dobre Duchy z jednym swoim Małym Duszkiem z Wysp Zielonych odwiedziły nas dzisiaj, i kawa wypita z Nimi, z wyszczerbionych filiżanek, wśród rur, kabli i nakrętek w naszym przyszłym nowym domu, przed kominkiem i talerzykiem słodkości, to jedna z najmilszych rzeczy, jaka nas ostatnio spotkała.:) Śmiech w domu, to jak słońce w zimowy dzień. Powinno go być, jak najwięcej- o to będziemy się starać!
Miniony rok był wyjątkowy pod kilkoma względami. Przede wszystkim to pierwszy rok Witka. Jego pierwsze urodziny w maju... Jako że moja pamięć ostatnimi czasy jest wyjątkowo krótkotrwała, najmilej wspomina mi się to, co nas spotkało za pomocą zdjęć, a tych na dysku i w albumie nie brakuje:) Cudowne chwile przy każdej porze roku. Życie nie jest długie, szybko to wszystko mija, widzę, jak zmienia się Witek, jak "dorośleje", dlatego warto się na tym, co jest skupiać i przeżywać właśnie wtedy kiedy jest, kiedy trwa. Żyć przede wszystkim chwilą! :)
Dziękuję WAM wszystkim! Za piękne życzenia świąteczne i noworoczne, za piękne prezenty, rozmowy, uściski, bycie- ze sobą, nie obok siebie, nawet jeśli z niektórymi - na drodze wirtualnej i listowo- korespondencyjnej;) Za ptaszka, cudną lampę, liska-z serca, książki, herbatę, czekoladki, ubranka, zabawki, płytę, mydełka, torbę etno-szałową, zdjęcia...za wszystko!:) I życzę WAM na teraz, jutro i kolejne "piętnaskowe" dni: WSZYSTKIEGO pełnego, zdrowego, czystego, pięknego, zachwycającego... :) Odwiedzajcie nas!
Epiktet
Bardzo mi się ten cytat spodobał i tego będę się trzymać!:) W chwilach zwątpienia, osłabienia i tzw. niemocy... Poza tym: niczego nie planuję, niczego sobie nie obiecuję, co jednak nie znaczy, że nie będę się starać... Mam już całą listę rzeczy i spraw, o które zamierzam lepiej dbać, zabiegać, pilnować, spełniać itd. Tak to już jest z Nowym Rokiem, że trochę zobowiązuje;)
Ten z góry zapowiada mi się trudny, bo w końcu, mam nadzieję, wyjaśni się kilka zaległych spraw z przeszłości, które już ciążą i nie do końca pozwalają się cieszyć nowym... Ale ogólnie cieszyć się zamierzam więcej. Wszystkim dobrym, co mnie spotyka. Wszystkimi dobrymi, którzy mnie otaczają, spędzają ze mną czas; kiedy wzajemnie cieszymy się swoim towarzystwem...
Mamy to szczęście, że tak, jak przez cały rok brakuje przeważnie czasu na spotkania ze znajomymi, bo i też części ich nie ma już w kraju, tak w przerwach świątecznych odrabiamy wszystkie zaległości i robi się wtedy tłoczno, miło i serdecznie! A poczucie, że ma się dobrych i przyjaznych ludzi obok, to jedno z moich ulubionych! Dlatego niczego sobie nie oszczędzam i widzimy się tyle, ile można! Od pewnego momentu poznają się też nasze Dzieci i to jest dopiero doświadczenie!:)
Takie dwa Dobre Duchy z jednym swoim Małym Duszkiem z Wysp Zielonych odwiedziły nas dzisiaj, i kawa wypita z Nimi, z wyszczerbionych filiżanek, wśród rur, kabli i nakrętek w naszym przyszłym nowym domu, przed kominkiem i talerzykiem słodkości, to jedna z najmilszych rzeczy, jaka nas ostatnio spotkała.:) Śmiech w domu, to jak słońce w zimowy dzień. Powinno go być, jak najwięcej- o to będziemy się starać!
Miniony rok był wyjątkowy pod kilkoma względami. Przede wszystkim to pierwszy rok Witka. Jego pierwsze urodziny w maju... Jako że moja pamięć ostatnimi czasy jest wyjątkowo krótkotrwała, najmilej wspomina mi się to, co nas spotkało za pomocą zdjęć, a tych na dysku i w albumie nie brakuje:) Cudowne chwile przy każdej porze roku. Życie nie jest długie, szybko to wszystko mija, widzę, jak zmienia się Witek, jak "dorośleje", dlatego warto się na tym, co jest skupiać i przeżywać właśnie wtedy kiedy jest, kiedy trwa. Żyć przede wszystkim chwilą! :)
Dziękuję WAM wszystkim! Za piękne życzenia świąteczne i noworoczne, za piękne prezenty, rozmowy, uściski, bycie- ze sobą, nie obok siebie, nawet jeśli z niektórymi - na drodze wirtualnej i listowo- korespondencyjnej;) Za ptaszka, cudną lampę, liska-z serca, książki, herbatę, czekoladki, ubranka, zabawki, płytę, mydełka, torbę etno-szałową, zdjęcia...za wszystko!:) I życzę WAM na teraz, jutro i kolejne "piętnaskowe" dni: WSZYSTKIEGO pełnego, zdrowego, czystego, pięknego, zachwycającego... :) Odwiedzajcie nas!
![]() |
Znaleziono na flickr.com
|
26 grudnia 2014
Plaplo...
"Plaplo" zdominował nasz świat... to słowo, które słyszę co najmniej kilkadziesiąt razy dziennie. W języku Witusia oznacza... traktor. Traktor rządzi, niepodzielnie, a od kilku dni mój syn przypomina mi o tym o każdej porze dnia i zdarza się, że nocy też!;) Prawdopodobnie ma też traktorowe sny...
Dzisiaj cieszymy się jeszcze świętami. To pierwsze świadome święta Witka, kiedy cieszy się z choinki, ogląda bombki, zagląda między gałązki i przekłada anielskie włosy... a w wolnej chwili bawi się swoim nowym traktorem, bo co też innego mógł dostać pod choinkę, jak nie m.in. kolejny traktor do kolekcji;)?
Dzisiaj cieszymy się jeszcze świętami. To pierwsze świadome święta Witka, kiedy cieszy się z choinki, ogląda bombki, zagląda między gałązki i przekłada anielskie włosy... a w wolnej chwili bawi się swoim nowym traktorem, bo co też innego mógł dostać pod choinkę, jak nie m.in. kolejny traktor do kolekcji;)?
17 grudnia 2014
Nocne hist(e/o)rie
Długo nie wiedziałam co się dzieje i jak sobie z t y m radzić, jak t o interpretować, w jaki sposób unikać i jak rozwiązać, żeby "nie wracało". Jedyne co mi się udało, to opracowanie pewnego sposobu działania, który pomaga i sprawdza się, dlatego mogę o nim napisać. Dlaczego nazywam to, co się wtedy dzieje "histeriami"? Bo wydaje mi się, że tak właśnie wygląda histeria... A jeśli wziąć pod uwagę jej słownikowe tłumaczenie: "Cechuje ją nadmierna ekstrawersja, emocjonalność, płaczliwość,
demonstracyjność zachowań, które są powodowane nieuzasadnionym lękiem o
funkcjonowanie danej części własnego ciała." ( źródło: Wikipedia), to zgadza mi się to z zachowaniem Witka, które wtedy obserwuję...
Przynajmniej raz w miesiącu, od lata, czyli wtedy, gdy Witek miał 14 miesięcy, zdarza mu się obudzić w nocy (zawsze wtedy ma przepełnioną pieluchę i mokrą piżamkę - wszystko do przebrania - to ważny element tej historii) i krzyczeć, płakać, rzucać się i wić w łóżeczku, odpychać mnie, pokazywać coś, na coś, jakby szukać czegoś w pokoju itp. Nie ma wtedy z nim żadnego kontaktu. Wygląda jak przebudzony, ale nic do niego nie trafia; patrzy, jakby nie widział, więc wydaje się, jakby to był jakiś lunatyczny stan... Po chwili jest już bardziej trzeźwy, ale nadal nie można z nim dojść do porozumienia; wyrywa się, na wszystko mówi NIE!, niczego nie chce, więc nie wiadomo jak mu pomóc... Czasami pozwala wziąć się na ręce i chce być wtedy cały czas przytulony, co uniemożliwia położenie go z powrotem do łóżeczka- od razu się budzi i zaczyna na nowo płakać...
Wiem już, bo próbowałam wielu sposobów, że nie działa stanowczy ton, zostawianie go w łóżeczku "żeby się wypłakał", czy niereagowanie na ten płacz... W przypadku mojego syna pomaga jedynie spokojne do niego mówienie, lub niemówienie, ale spokojne działanie i "robienie swojego", czyli zmiana mu pieluchy, przebranie. Zupełnie tak, jakby wtedy powoli, ale jednak, udzielało mu się moje opanowanie i spokój. Jest to trochę trudne, zwłaszcza kiedy jest się wyrwanym ze snu, a cała operacja trwa dobrych kilkanaście minut - przy wyrywaniu, kopaniu, krzykach i głośnym płaczu, ale warto to przeczekać, zacisnąć zęby i dotrwać do końca... Ja zmierzam zawsze w kierunku podania butelki z mlekiem. Po pewnym czasie, w końcu mi się to udaje i zawsze wtedy Witek zasypia, pijąc ją, przytulony do mnie, albo do misia w łóżeczku. To jest ten moment i etap, który kończy całą nocną awanturę...
Nie wiem już gdzie, ale czytałam, że dzieciom zdarzają się takie przebudzenia, właśnie wtedy, kiedy są głodne, mokre, albo mają zły sen. Ponieważ nie umieją sobie poradzić z nową i przykrą dla nich sytuacją, wpadają w taki stan: na granicy histerii i zupełnej bezsilności. Wydaje mi się, że jeśli nam też się on udzieli, i będziemy reagować wtedy zbyt dużym zdenerwowaniem, to za szybko nie uda się dojść do porozumienia z dzieckiem, pomóc mu i ostatecznie wrócić do swojego łózka i... nocnej CISZY.
Dzielę się swoim doświadczeniem w tym temacie, bo może to będzie jakaś wskazówka, dla kogoś borykającego się z podobnym zachowaniem u swojego dziecka. U mnie, jak wspomniałam, schemat jest zawsze taki sam... Mokra pielucha ( lub za dużo emocji w ciągu dnia np. po jakimś przyjęciu, albo wizycie w głośnym miejscu, nieznanym dotąd)= często przebudzenie i krzyk, brak kontaktu, potem stopniowe wyciszanie (próby...wiele prób) i moje "łagodzenie sprawy", a na koniec butelka z mlekiem na "otarcie łez"... jak "przybicie piątki na zgodę" ;)
Przynajmniej raz w miesiącu, od lata, czyli wtedy, gdy Witek miał 14 miesięcy, zdarza mu się obudzić w nocy (zawsze wtedy ma przepełnioną pieluchę i mokrą piżamkę - wszystko do przebrania - to ważny element tej historii) i krzyczeć, płakać, rzucać się i wić w łóżeczku, odpychać mnie, pokazywać coś, na coś, jakby szukać czegoś w pokoju itp. Nie ma wtedy z nim żadnego kontaktu. Wygląda jak przebudzony, ale nic do niego nie trafia; patrzy, jakby nie widział, więc wydaje się, jakby to był jakiś lunatyczny stan... Po chwili jest już bardziej trzeźwy, ale nadal nie można z nim dojść do porozumienia; wyrywa się, na wszystko mówi NIE!, niczego nie chce, więc nie wiadomo jak mu pomóc... Czasami pozwala wziąć się na ręce i chce być wtedy cały czas przytulony, co uniemożliwia położenie go z powrotem do łóżeczka- od razu się budzi i zaczyna na nowo płakać...
Wiem już, bo próbowałam wielu sposobów, że nie działa stanowczy ton, zostawianie go w łóżeczku "żeby się wypłakał", czy niereagowanie na ten płacz... W przypadku mojego syna pomaga jedynie spokojne do niego mówienie, lub niemówienie, ale spokojne działanie i "robienie swojego", czyli zmiana mu pieluchy, przebranie. Zupełnie tak, jakby wtedy powoli, ale jednak, udzielało mu się moje opanowanie i spokój. Jest to trochę trudne, zwłaszcza kiedy jest się wyrwanym ze snu, a cała operacja trwa dobrych kilkanaście minut - przy wyrywaniu, kopaniu, krzykach i głośnym płaczu, ale warto to przeczekać, zacisnąć zęby i dotrwać do końca... Ja zmierzam zawsze w kierunku podania butelki z mlekiem. Po pewnym czasie, w końcu mi się to udaje i zawsze wtedy Witek zasypia, pijąc ją, przytulony do mnie, albo do misia w łóżeczku. To jest ten moment i etap, który kończy całą nocną awanturę...
Nie wiem już gdzie, ale czytałam, że dzieciom zdarzają się takie przebudzenia, właśnie wtedy, kiedy są głodne, mokre, albo mają zły sen. Ponieważ nie umieją sobie poradzić z nową i przykrą dla nich sytuacją, wpadają w taki stan: na granicy histerii i zupełnej bezsilności. Wydaje mi się, że jeśli nam też się on udzieli, i będziemy reagować wtedy zbyt dużym zdenerwowaniem, to za szybko nie uda się dojść do porozumienia z dzieckiem, pomóc mu i ostatecznie wrócić do swojego łózka i... nocnej CISZY.
Dzielę się swoim doświadczeniem w tym temacie, bo może to będzie jakaś wskazówka, dla kogoś borykającego się z podobnym zachowaniem u swojego dziecka. U mnie, jak wspomniałam, schemat jest zawsze taki sam... Mokra pielucha ( lub za dużo emocji w ciągu dnia np. po jakimś przyjęciu, albo wizycie w głośnym miejscu, nieznanym dotąd)= często przebudzenie i krzyk, brak kontaktu, potem stopniowe wyciszanie (próby...wiele prób) i moje "łagodzenie sprawy", a na koniec butelka z mlekiem na "otarcie łez"... jak "przybicie piątki na zgodę" ;)
![]() |
Photo by Ida Laerke |
Dla mnie z kolei kończy się to zwykle głębokim oddechem (słychać w nim ulgę...) i powrotem do ciasnej, ale własnej krainy snu;)
15 grudnia 2014
Inspiracje i (nocne) przyjemności (muzyczne)
Lubię, kiedy mnie coś inspiruje. Kiedy mi ktoś sprawia przyjemność swoim tworzywem... Tak ogólnie. Każdym. Czy to muzyka, czy pisanie, malowanie, gotowanie, szycie itd.
Lubię Natalię. Zwłaszcza z ostatniej płyty, zwłaszcza z dwóch piosenek... Słucham ich od kilku dni.
Kiedy zasypia Witek, wieczorem (w nocy?), pokój zmienia się w dziuplę oświetloną jedną małą żółtą lampką i drugą czarno-białą, w dwóch różnych kątach pokoju. To wystarczy, żeby zrobiło się ciepło i ciasno, ale w mroku, więc miło... Słucham przez słuchawki, ale głośno, bardzo głośno. Zwłaszcza tę drugą piosenkę, bo jest mi bliższa. Z muzyką, jak to ze sztuką - można sobie interpretować, jak się chce. I dopasować do własnych doświadczeń i okoliczności- wedle potrzeby i uznania;) Może gdybym karmiła Witka piersią, ta pierwsza piosenka byłaby mi bliższa także w tym kontekście;) Tymczasem, ja "nie zapomniałam", chociaż na samym początku drogi, kiedy odciągałam pokarm dla niego, miałam faktycznie wrażenie zdegradowania całego ciała do maszyny reagującej na rozkazy i polecenia głowy. Wyczulonej do tego na każdy grymas, krzyk i wyraz niezadowolenia, albo raczej zniecierpliwienia, ze strony małej istotki... ( w nocy ten krzyk brzmiał podwójnie, potrójnie, poczwórnie...z taką siłą!) A piersi...cóż były tylko-głównie zbiornikami cennego płynu...
Tymczasem, zwłaszcza wtedy ( żeby za bardzo nie zdziczeć i nie odlecieć...) chce się pamiętać także o innych rzeczach, o innych swoich rolach, o innym dla siebie i dla nich przeznaczeniu. O tym, że jest się "Niebem" też. O tym żadna kobieta nie powinna zapominać! Bo to prawda, jak wiele podobnych zapisanych na przykład w "Biegnącej z wilkami" Clarissy Pinkoly Estes - takie skojarzenie. Zwłaszcza wtedy, należy o takie myślenie o sobie dbać... kiedy tak bardzo trzeba się podporządkować nowej sytuacji.
Piosenek można posłuchać sobie tutaj:
A to jest Natalia- mama:
Zdjęcie autorstwa Zuzy Krajewskiej i Bartka Wieczorka - jedno z moich ulubionych "macierzyńskich zdjęć". :)
Lubię Natalię. Zwłaszcza z ostatniej płyty, zwłaszcza z dwóch piosenek... Słucham ich od kilku dni.
Kiedy zasypia Witek, wieczorem (w nocy?), pokój zmienia się w dziuplę oświetloną jedną małą żółtą lampką i drugą czarno-białą, w dwóch różnych kątach pokoju. To wystarczy, żeby zrobiło się ciepło i ciasno, ale w mroku, więc miło... Słucham przez słuchawki, ale głośno, bardzo głośno. Zwłaszcza tę drugą piosenkę, bo jest mi bliższa. Z muzyką, jak to ze sztuką - można sobie interpretować, jak się chce. I dopasować do własnych doświadczeń i okoliczności- wedle potrzeby i uznania;) Może gdybym karmiła Witka piersią, ta pierwsza piosenka byłaby mi bliższa także w tym kontekście;) Tymczasem, ja "nie zapomniałam", chociaż na samym początku drogi, kiedy odciągałam pokarm dla niego, miałam faktycznie wrażenie zdegradowania całego ciała do maszyny reagującej na rozkazy i polecenia głowy. Wyczulonej do tego na każdy grymas, krzyk i wyraz niezadowolenia, albo raczej zniecierpliwienia, ze strony małej istotki... ( w nocy ten krzyk brzmiał podwójnie, potrójnie, poczwórnie...z taką siłą!) A piersi...cóż były tylko-głównie zbiornikami cennego płynu...
Tymczasem, zwłaszcza wtedy ( żeby za bardzo nie zdziczeć i nie odlecieć...) chce się pamiętać także o innych rzeczach, o innych swoich rolach, o innym dla siebie i dla nich przeznaczeniu. O tym, że jest się "Niebem" też. O tym żadna kobieta nie powinna zapominać! Bo to prawda, jak wiele podobnych zapisanych na przykład w "Biegnącej z wilkami" Clarissy Pinkoly Estes - takie skojarzenie. Zwłaszcza wtedy, należy o takie myślenie o sobie dbać... kiedy tak bardzo trzeba się podporządkować nowej sytuacji.
Piosenek można posłuchać sobie tutaj:
A to jest Natalia- mama:
Zdjęcie autorstwa Zuzy Krajewskiej i Bartka Wieczorka - jedno z moich ulubionych "macierzyńskich zdjęć". :)
5 grudnia 2014
Na dobrej drodze
Powoli i małymi krokami, ale chyba w końcu... wychodzimy na prostą! Witek jeszcze kaszle, ale po bańkach jest mu zdecydowanie lepiej; dzisiaj przespał całą noc, bez budzenia się przez kazel, czy katar. Moja głowa nadal nadmuchana, jeszcze nie pozbyła się przeziębienia, ale i ja czuję jakąś "odwilż"...
Co chwilę wyskakuję to tu, to tam, po to by załatwić jakieś papierkowe sprawy, albo dokupić mąki na świąteczne ciastko-pierniki;) Witek niestety nadal ma szlaban. Poza trzema wizytami u lekarza, od 3 tygodni nie był na spacerze. No, to się nazywa kwarantanna! Jestem z niego dumna, że tyle wytrzymał, chociaż nosi go momentami niemożliwie, no i odbija nam się to przede wszystkim na Jego chodzeniu spać; mimo, że nigdy nie były to wczesne godziny, to 23.30 to teraz standard (ja nadal nie mogę się do tego przyzwyczaić i często zasypiam przed nim, kiedy już leżymy obok siebie, po przeczytaniu tuzina książeczek i obejrzeniu tylu traktorowych filmików). Traktory rządzą niepodzielnie! Nie ma reguły, co mu się spodoba, ale te "w realu" mają chyba największe powodzenie. Wrzucę pod postem kilka linków do najbardziej popularnych, bo może akurat się komuś przyda taki zestaw;))
Tymczasem.... Idą święta. I to, co mnie niezmiennie wzrusza w przedświątecznym zamieszaniu prezentowo-zakupowym to Dzieci i ich zachowania na widok rożnych, kuszących powystawianych wszędzie zabawek. Tak sobie myślę, że te zdarzające się czasem histerie w dużych marketach są tu jak najbardziej uzasadnione. My wprawdzie też jesteśmy stale kuszeni rożnymi ofertami i produktami typu "must have", ale co ma powiedzieć takie dziecko, nieodporne jeszcze na podobne marketingowe zabiegi? Zwyczajnie i szczerze: CHCE. Misia, samochód, konia, mini laptopa itd.
Dzisiaj widziałam w jednym sklepie chłopca, może 4-letniego, który ściskał w rękach pudełko z elektryczną ciuchcią w środku. Jego mina: powaga, zapatrzenie, zachwyt i ogólne poruszenie były bezbłędne! To jest to, co mają jeszcze w sobie dzieci... Potrafi je coś zatrzymać naprawdę na długo.... I kto wie, co kosmicznego dzieje się wtedy w takiej małej głowie?! Gdzie szybują myśli, o co zahaczają; co Takie dziecko sobie wyobraża: jak uruchamia ten pociąg i gdzie on jedzie? Fascynujące samo w sobie!:) Nie mogę się doczekać czasu, kiedy Witek będzie podobnie przeżywał wybrane przez siebie zabawki. Ale póki co widzę, że to i tak będą już bardzo świadome dla niego święta, a cała feeria kolorów, światełek i nowych "ciekawych" dla niego rzeczy tylko je uatrakcyjni.
Święta z małym dzieckiem to inne święta. Chyba łatwiej znaleźć wtedy siebie w tym czasie, siebie sprzed wieeeelu lat :)
Traktorowa piosenka (ang.)
Tutaj, w wersji "pa ruski" ( cała seria tych filmików jest ciekawa; o różnych maszynach)
Trochę dziwne...bardziej jako ciekawostka!:)
To Witek lubi...
To jedna z ulubionych historyjek, zwłaszcza ostatnia scena z krową;)
Co chwilę wyskakuję to tu, to tam, po to by załatwić jakieś papierkowe sprawy, albo dokupić mąki na świąteczne ciastko-pierniki;) Witek niestety nadal ma szlaban. Poza trzema wizytami u lekarza, od 3 tygodni nie był na spacerze. No, to się nazywa kwarantanna! Jestem z niego dumna, że tyle wytrzymał, chociaż nosi go momentami niemożliwie, no i odbija nam się to przede wszystkim na Jego chodzeniu spać; mimo, że nigdy nie były to wczesne godziny, to 23.30 to teraz standard (ja nadal nie mogę się do tego przyzwyczaić i często zasypiam przed nim, kiedy już leżymy obok siebie, po przeczytaniu tuzina książeczek i obejrzeniu tylu traktorowych filmików). Traktory rządzą niepodzielnie! Nie ma reguły, co mu się spodoba, ale te "w realu" mają chyba największe powodzenie. Wrzucę pod postem kilka linków do najbardziej popularnych, bo może akurat się komuś przyda taki zestaw;))
Tymczasem.... Idą święta. I to, co mnie niezmiennie wzrusza w przedświątecznym zamieszaniu prezentowo-zakupowym to Dzieci i ich zachowania na widok rożnych, kuszących powystawianych wszędzie zabawek. Tak sobie myślę, że te zdarzające się czasem histerie w dużych marketach są tu jak najbardziej uzasadnione. My wprawdzie też jesteśmy stale kuszeni rożnymi ofertami i produktami typu "must have", ale co ma powiedzieć takie dziecko, nieodporne jeszcze na podobne marketingowe zabiegi? Zwyczajnie i szczerze: CHCE. Misia, samochód, konia, mini laptopa itd.
Dzisiaj widziałam w jednym sklepie chłopca, może 4-letniego, który ściskał w rękach pudełko z elektryczną ciuchcią w środku. Jego mina: powaga, zapatrzenie, zachwyt i ogólne poruszenie były bezbłędne! To jest to, co mają jeszcze w sobie dzieci... Potrafi je coś zatrzymać naprawdę na długo.... I kto wie, co kosmicznego dzieje się wtedy w takiej małej głowie?! Gdzie szybują myśli, o co zahaczają; co Takie dziecko sobie wyobraża: jak uruchamia ten pociąg i gdzie on jedzie? Fascynujące samo w sobie!:) Nie mogę się doczekać czasu, kiedy Witek będzie podobnie przeżywał wybrane przez siebie zabawki. Ale póki co widzę, że to i tak będą już bardzo świadome dla niego święta, a cała feeria kolorów, światełek i nowych "ciekawych" dla niego rzeczy tylko je uatrakcyjni.
Święta z małym dzieckiem to inne święta. Chyba łatwiej znaleźć wtedy siebie w tym czasie, siebie sprzed wieeeelu lat :)
Traktorowa piosenka (ang.)
Tutaj, w wersji "pa ruski" ( cała seria tych filmików jest ciekawa; o różnych maszynach)
Trochę dziwne...bardziej jako ciekawostka!:)
To Witek lubi...
To jedna z ulubionych historyjek, zwłaszcza ostatnia scena z krową;)
25 listopada 2014
Gorączka i deszcz
Jest taki stan, w którym
niepokój miesza się ze zmęczeniem, złość ze strachem i bezradnością. Ja
go osiagam, kiedy Witek choruje, ma wysoką gorączkę, budzi się często w
nocy, patrzy na mnie i wiem, że cierpi; że On sam nie rozumie, co się z
nim dzieje, a ja poza podaniem mu leku nie wiele mogę zrobić.
- "Ucz sie lepiej Mały, bo skończysz tak, jak my..." Ale nie było to gorzkie, raczej zabawne. Oni sami zaczęli się śmiać. A ja tylko pomyślałam, że gdyby tak dzieci słuchały, kiedy się im to tłumaczy, to pewnie rzadziej by później żałowały, jak tych dwoje teraz...
Tymczasem... my nadal w domu. Pomysły na zabawy kończą mi się, a i Witek nie jest nimi mocno zainteresowany. Rajd samochodów pod podnóżkiem z łazienki już się znudził, namiot z poduszkami i kocykiem w środku, też... Oglądamy traktory (nie miałam pojęcia, ze na You Tube można znaleźć tyle filmów o traktorach! Wygląda na to, że kręcą je prawdziwi pasjonaci-amatorzy ze wszystkich stron świata! Witek oczywiście zadowolony, bo jest w czym wybierać!;)
Słuchamy piosenek (projekt Putumayo dla dzieci i ich piosenki z serii World's Playground to także mój ulubiony zestaw, ale mamy też rodzimego "Kotka Puszka z czarną łapką" ;) Witek nawet w gorączce ma pomysły typu: "jedzenie serka widełkami z kompletu klocków LEGO", na co mu ostatecznie pozwalam, tłumacząc to przejawem dziecięcej kreatywności;) Co jeszcze robimy? Wszystko to pomysły Witka:
- zakładanie skarpet na ręce i bieganie z nimi, jak z rękawiczkami
- układanie, wkładanie i wykładanie klocków do wytłaczanki po jajkach
- "pisiu-pisiu" i stempelki w Jego zeszycie
- oglądanie bez znudzenia książeczki z traktorami i innymi pojazdami (na jednym obrazku policjant wyprowadza z domu złodzieja, i nie wiem dlaczego, ale Witek zawsze, pokazując na niego mówi: "Baba!" To chyba przez podobną fryzurę!;)))
Dzień się dłuży, ale w końcu mija; przychodzi czas kąpieli i "myju-myju"... Najgorzej jest w nocy. Nocy sama nie lubiłam, kiedy byłam mała i chorowałam. Wszystko wtedy wydawało się gorsze, silniejsze, bardziej bolące, a godziny wlokły się do rana niemiłosiernie.
Dzisiejszej nocy Witek wtulał się we mnie tak, że momentami nie mogłam swobodnie oddychać. Musiałam go trochę odsuwać od siebie. Kiedy leżeliśmy tak, nad ranem, pomyślałam, że właśnie leżymy w pozie z obrazu ! Identycznie się ułożyliśmy. Pierwszy raz przyszła mi do głowy inna interpretacja tamtej sceny....
Subskrybuj:
Posty (Atom)





