Tak sobie pomyślałam, że gdyby ktoś miał ochotę lub potrzebę sięgnąć po jakieś czasopismo dotyczące dzieci, wychowania ich i tym podobnych spraw, to mogę zachęcić do spróbowania z miesięcznikiem GAGA.
Mnie jakoś nigdy nie kręciły takie gazety, bo poza abstrakcyjnymi reklamami akcesoriów niemowlęcych, syropów, wózków i kaszek nie znajdowałam tam za wiele pożytecznej treści (przepisy na obiady dla niejadka też omijałam dużym łukiem, bo ile można na ten temat... Buźki z ketchupem na kanapce z serem mogą się w końcu śnic po nocach!), ale dzięki mojej serdecznej koleżance Karolinie, co miesiąc, w prezencie, przychodzi do mnie w kopercie ów miesięcznik i muszę powiedzieć, że polubiłam ten moment i z ciekawością zaglądam do każdego nowego...
Przeważnie poruszane problemy nie są na siłę wymyślone, ani wydumane; zdjęcia ładne (lubię oglądać sesje Pauliny Kanii); wywiady ze znanymi rodzicami (ostatnio Michał Rusinek, Agata Młynarska) warte przeczytania...
Co mi się ostatnio najbardziej podobało, żeby nie być "ogólnosłowną"?
Na przykład tekst na temat wstydu u dzieci; o tym, że dzieci też mają swoje poczucie wstydu i potrzebę intymności, o czym należy pamiętać i uwzględniać to chociażby w sytuacjach, w których dziecku nagle chce się siusiu, a toalety "ani widu ani słychu" na horyzoncie... Istnieje jakaś dziwna i nieskrępowana lekkość w podejmowaniu decyzji przez niektóre matki, które wystawiają gołe tyłki swoich dzieci na widok publiczny, tam gdzie one stoją, czy to przystanek autobusowy, czy chodnik, czy parking przed marketem, a przecież wystarczy czasem rozejrzeć się i zaaranżować bardziej intymną okoliczność dla tej nagłej potrzeby...
Witek od momentu, gdy zaczął chodzić, a było to wcześnie, bo przed pierwszym rokiem, przy każdej kupie chował się nam w pokoju za zasłonką, łóżkiem lub jakimś meblem i nie pozwalał wejść. Kiedy ktoś się tylko zbliżał, pokazywał rączką, żeby wyjść, nie zbliżać się, albo od razu mówił stanowcze "Nie". To był dla nas znak, "co się robi" i że trzeba go załatwić w spokoju, aż do końca. Myślę, że nie powinno się takich rzeczy pomijać, bagatelizować - dziecko wie, co czuje i czego potrzebuje... Nocnik na środku pokoju, w towarzystwie cioć i wujków, na rodzinnym spotkaniu, "bo co to takiego", to chyba jednak nie najlepszy pomysł... Można przecież wyjść i zapewnić lepsze dla tego warunki, ucząc przy okazji pewnych zachowań na przyszłość.
Podobał mi się także wywiad z Agatą Młynarską, która opowiadając o swoim macierzyństwie i innych doświadczeniach życiowych, stwierdziła, że nie wierzy w idealny model rodziny patchworkowej, taki słodki i bezproblemowy, jaki często kreują kolorowe, plotkarskie gazety, próbując nam wcisnąć obrazek idealnie poukładanej rodziny, choć po niezłej rewolucji. Według niej to jedna wielka ściema, bo rodziny patchworkowe wymagają ogromnej pracy i poświęcenia, i w ogóle są bardzo trudne...więc te zadowolone miny i postawa pełna luzu tych, czy tamtych (pamiętam sama jedną taką okładkę...) to tylko na potrzeby sesji... Ogólnie- tekst godny uwagi i przemyślenia.
Poza tym... Nie ma co pisać więcej, kto ma ochotę- niech zajrzy. A czerwcowa okładka wygląda tak:
27 czerwca 2015
11 czerwca 2015
Fajnych mamy sąsiadów...
Wituś zaczyna coraz więcej mówić - po swojemu, ale i bardziej zrozumiale dla "ogółu". ;)
Składa, zbija i coś już z tego wychodzi.
Ostatnio zaskoczył mnie takim tekstem: "Mamo, nie mam mniamniu!" (przyszedł po mnie do pokoju, bo chlebek się skończył... Chlebek z powidłami śliwkowymi rządzi!)
Dzisiaj też usłyszałam magiczne hasło "Mniamniu!" i propozycję udania się za płot... Mamy bowiem taką dziurę w płocie, przez którą możemy przechodzić na podwórko sąsiadów. Oni oczywiście o tym wiedzą i dostaliśmy to pozwolenie z okazji ich owocującej czereśni. Sąsiedzi w swoim domu bywają od święta, więc teraz, gdyby nie żarłoczne szpaki ( i od kilku dni MY!), czereśnie by się zmarnowały...
Witkowi oczywiście nie tyle o te owoce chodzi, co o samą wyprawę... Najpierw po schodach, potem trzeba się mocno nachylić i przejść przez dziurę, a potem dalej, przez duże podwórko do ogrodu- mini sadu przed domem. A tam... fantastycznie owocowa przestrzeń i fruuuu, cała chmara czarnych skrzydeł, uciekających w popłochu ptaków (spokojnie, na pewno z pełnymi już brzuchami...).
Witek się śmieje, biega pod drzewem, okrąża je, zagląda do innych, po czym wydaje nową komendę: "Mama, domu". Zdążył już załadować trochę czereśni do kieszeni w swojej bluzie (dla taty, bo tato w tym czasie robi puk puk, albo inne takie remontowo-stolarskie cuda).
Wracamy. Wyprawa zaliczona i udana. Kolejna za kilka godzin! ;)
Składa, zbija i coś już z tego wychodzi.
Ostatnio zaskoczył mnie takim tekstem: "Mamo, nie mam mniamniu!" (przyszedł po mnie do pokoju, bo chlebek się skończył... Chlebek z powidłami śliwkowymi rządzi!)
Dzisiaj też usłyszałam magiczne hasło "Mniamniu!" i propozycję udania się za płot... Mamy bowiem taką dziurę w płocie, przez którą możemy przechodzić na podwórko sąsiadów. Oni oczywiście o tym wiedzą i dostaliśmy to pozwolenie z okazji ich owocującej czereśni. Sąsiedzi w swoim domu bywają od święta, więc teraz, gdyby nie żarłoczne szpaki ( i od kilku dni MY!), czereśnie by się zmarnowały...
Witkowi oczywiście nie tyle o te owoce chodzi, co o samą wyprawę... Najpierw po schodach, potem trzeba się mocno nachylić i przejść przez dziurę, a potem dalej, przez duże podwórko do ogrodu- mini sadu przed domem. A tam... fantastycznie owocowa przestrzeń i fruuuu, cała chmara czarnych skrzydeł, uciekających w popłochu ptaków (spokojnie, na pewno z pełnymi już brzuchami...).
Witek się śmieje, biega pod drzewem, okrąża je, zagląda do innych, po czym wydaje nową komendę: "Mama, domu". Zdążył już załadować trochę czereśni do kieszeni w swojej bluzie (dla taty, bo tato w tym czasie robi puk puk, albo inne takie remontowo-stolarskie cuda).
Wracamy. Wyprawa zaliczona i udana. Kolejna za kilka godzin! ;)
7 czerwca 2015
Przyjemne świętowanie...
Z dniem narodzin Witka dwie daty w kalendarzu nabrały dla nas innego niż dotąd znaczenia...
Pierwsza to Dzień Matki, druga Dzień Dziecka (kolejność czysto kalendarzowa;). Mimo, że wcale nie obchodzimy ich hucznie ani nadzwyczaj inaczej, to świadomość i poczucie, że to "mój dzień", a tamten Jego, jest jakaś wyróżniająca i miła sama w sobie.
Ja mamą poczułam się dopiero rok po narodzinach Witka; wtedy miałam dopiero wrażenie, że dołączyłam do pewnego grona i faktycznie mogę i ja świętować ;) On, mam nadzieję, że będzie się czuł dzieckiem zawsze...Tak, jak ja czuję się dzieckiem swojej mamy i aż wstyd się przyznać, ale czekam na te życzenia co roku, chociaż już ze mnie "stary koń".
Tymczasem... Upał nas powala. Chociaż wczorajsza burza zmieniła juz powietrze i z powrotem można oddychać głęboko, to samo wspomnienie słońca i żaru pozostało mocne. Witek tego nie lubi. Męczy się, wychodzi na chwilę i zaraz wraca. Mówi: "Mama, domu", z akcentem na domu i zostajemy tam, bezpiecznie schowani przed słońcem;) Może to i lepiej, bo jest tak uparty, że namawianie go na bycie w domu, gdyby wolał bawić sie na dworze, zdarłoby tylko moje gardło...
Jedyną alternatywą jest basenik ustawiony w cieniu (przy najbliższej okazji będziemy testować ten od cioci Sylwii!;) A w nim oczywiście tuzin samochodów... Tuzin, chociaż ile by ich nie było, Witek zawsze twierdzi, że jest ich "dziesiec" (to jego ulubiona do wypowiedzenia cyfra, zaraz po "trzy").
Wraz z upałem przybywają do nas goście. Są lody, granie piłką, rajdy "ijo" i inne takie... Są też spacery z pandą pod ręką, zrywanie maków i chabrów na polnej drodze i nasza pierwsza wycieczka rowerowa w nowym foteliku, aleją odurzających akacji...
Czerwiec czaruje!
Nie tylko w truskawkach czuć już smak lata...
A za tydzień będą "tany" na weselu cioci Sylwii i aż się boję, co tam się będzie działo...
Bo wygląda na to, że mój mały tancerz szykuje się już na zabawę do późna!;)
Pierwsza to Dzień Matki, druga Dzień Dziecka (kolejność czysto kalendarzowa;). Mimo, że wcale nie obchodzimy ich hucznie ani nadzwyczaj inaczej, to świadomość i poczucie, że to "mój dzień", a tamten Jego, jest jakaś wyróżniająca i miła sama w sobie.
Ja mamą poczułam się dopiero rok po narodzinach Witka; wtedy miałam dopiero wrażenie, że dołączyłam do pewnego grona i faktycznie mogę i ja świętować ;) On, mam nadzieję, że będzie się czuł dzieckiem zawsze...Tak, jak ja czuję się dzieckiem swojej mamy i aż wstyd się przyznać, ale czekam na te życzenia co roku, chociaż już ze mnie "stary koń".
Tymczasem... Upał nas powala. Chociaż wczorajsza burza zmieniła juz powietrze i z powrotem można oddychać głęboko, to samo wspomnienie słońca i żaru pozostało mocne. Witek tego nie lubi. Męczy się, wychodzi na chwilę i zaraz wraca. Mówi: "Mama, domu", z akcentem na domu i zostajemy tam, bezpiecznie schowani przed słońcem;) Może to i lepiej, bo jest tak uparty, że namawianie go na bycie w domu, gdyby wolał bawić sie na dworze, zdarłoby tylko moje gardło...
Jedyną alternatywą jest basenik ustawiony w cieniu (przy najbliższej okazji będziemy testować ten od cioci Sylwii!;) A w nim oczywiście tuzin samochodów... Tuzin, chociaż ile by ich nie było, Witek zawsze twierdzi, że jest ich "dziesiec" (to jego ulubiona do wypowiedzenia cyfra, zaraz po "trzy").
Wraz z upałem przybywają do nas goście. Są lody, granie piłką, rajdy "ijo" i inne takie... Są też spacery z pandą pod ręką, zrywanie maków i chabrów na polnej drodze i nasza pierwsza wycieczka rowerowa w nowym foteliku, aleją odurzających akacji...
Czerwiec czaruje!
Nie tylko w truskawkach czuć już smak lata...
A za tydzień będą "tany" na weselu cioci Sylwii i aż się boję, co tam się będzie działo...
Bo wygląda na to, że mój mały tancerz szykuje się już na zabawę do późna!;)
29 maja 2015
Kawa, ciasteczka i pierwszy rachunek!
Na wsi to jest fajnie. Rachunek za wodę nie przyszedł w kopercie, ani na meila, ale przywiózł go do nas miły Pan na rowerze (okazało się, że prawie sąsiad). Rachunek całkiem, całkiem, ale nie to ważne- dokument historyczny, bo pierwszy oficjalny tutaj, na nowym miejscu, a przy tym, jakie miłe spotkanie.
Pan o wyglądzie świętego Mikołaja, od razu zainteresował się Witkiem, ale subtelnie i po cichu, co nie przepłoszyło ptaszyny. Bo ptaszyna mocno zwracała na siebie uwagę, morusając się w "piachu" przed domem; wdrapując się na niewielką górkę usypaną z niego i gliny, i zjeżdżając z niej to na tyłku, to na brzuchu... Pan od wody od razu zauważył, jak to on się przy tym brudzi... A niech się brudzi!
Kiedy Pan zajechał szerokim łukiem na nasz plac przed domem, siedzieliśmy właśnie na ławce i piliśmy kawę, delektując się czasem przerwy w codziennych remontowych bojach... Obok nas stała puszka z ciastkami, którą wyprodukowałam specjalnie na takie okazje. Pan poczęstowany, nie skusił się jednak, tłumacząc: "A nie, dziękuję, ja już od 4 lat i 3 miesięcy nie jem żadnych słodyczy..." "Ale...dlaczego?"- musiałam zapytać. "A bo miałem wcześniej taką pracę, że jeździłem po różnych hurtowniach i biurach i tam zawsze ktoś częstował, a to wafelkiem, a to pączkiem, aż sobie kiedyś pomyślałem, jakby to było ich nie jeść... I przestałem!" "Oooo! Filozof! Swój człowiek ;)- pomyślałam, i zauważyłam: "Musi Pan mieć niezwykle silną wolę!:") "Tak -przyznał- Ja taki jestem, że jak sobie coś postanowię, to muszę tego dokonać. Jestem jak osioł, nikt mi nie przegada." Uroczo!:) Kto mnie zna, ten wie, że uwielbiam takie historie!:)
Tymczasem... Pan spisał co trzeba, zostawił nam biały liścik z wydrukowaną "należnością" i odjechał- oczywiście zamaszyście i zdrowo, jak na kogoś, kto od 4 lat nie ruszył cukru!:) My zaś zostaliśmy w swoich leniwych pozach na ławce, wyciągnięci, jak stare swetry i cieszący się... kawą, prawie pełną puszką, słońcem... Przede wszystkim słońcem, bo wcale go za wiele ostatnio nie ma. Podobno słońcem najbardziej potrafią się cieszyć Duńczycy i wykorzystują każdą okazję do grzania się, kiedy tylko pojawi się na niebie. (Stąd też największy odsetek zakupu kabrioletów w tym kraju-dowiedziałam się przy okazji od mojej bardziej zmotoryzowanej "połowy"!).
Witek nie przestawał się morusać. Nie wyglądał już jak ptaszyna, ale raczej jak Świnka Peppa, a nawet zaczął pochrząkiwać zadowolony! Pan, odjeżdżając zauważył, że kiedyś dwóch Witków we wsi było, a teraz już nikt, więc nasz Wituś będzie jeden z takim imieniem!
No i fajnie! Czasami wszystko jest fajne;)
Pan o wyglądzie świętego Mikołaja, od razu zainteresował się Witkiem, ale subtelnie i po cichu, co nie przepłoszyło ptaszyny. Bo ptaszyna mocno zwracała na siebie uwagę, morusając się w "piachu" przed domem; wdrapując się na niewielką górkę usypaną z niego i gliny, i zjeżdżając z niej to na tyłku, to na brzuchu... Pan od wody od razu zauważył, jak to on się przy tym brudzi... A niech się brudzi!
Kiedy Pan zajechał szerokim łukiem na nasz plac przed domem, siedzieliśmy właśnie na ławce i piliśmy kawę, delektując się czasem przerwy w codziennych remontowych bojach... Obok nas stała puszka z ciastkami, którą wyprodukowałam specjalnie na takie okazje. Pan poczęstowany, nie skusił się jednak, tłumacząc: "A nie, dziękuję, ja już od 4 lat i 3 miesięcy nie jem żadnych słodyczy..." "Ale...dlaczego?"- musiałam zapytać. "A bo miałem wcześniej taką pracę, że jeździłem po różnych hurtowniach i biurach i tam zawsze ktoś częstował, a to wafelkiem, a to pączkiem, aż sobie kiedyś pomyślałem, jakby to było ich nie jeść... I przestałem!" "Oooo! Filozof! Swój człowiek ;)- pomyślałam, i zauważyłam: "Musi Pan mieć niezwykle silną wolę!:") "Tak -przyznał- Ja taki jestem, że jak sobie coś postanowię, to muszę tego dokonać. Jestem jak osioł, nikt mi nie przegada." Uroczo!:) Kto mnie zna, ten wie, że uwielbiam takie historie!:)
Tymczasem... Pan spisał co trzeba, zostawił nam biały liścik z wydrukowaną "należnością" i odjechał- oczywiście zamaszyście i zdrowo, jak na kogoś, kto od 4 lat nie ruszył cukru!:) My zaś zostaliśmy w swoich leniwych pozach na ławce, wyciągnięci, jak stare swetry i cieszący się... kawą, prawie pełną puszką, słońcem... Przede wszystkim słońcem, bo wcale go za wiele ostatnio nie ma. Podobno słońcem najbardziej potrafią się cieszyć Duńczycy i wykorzystują każdą okazję do grzania się, kiedy tylko pojawi się na niebie. (Stąd też największy odsetek zakupu kabrioletów w tym kraju-dowiedziałam się przy okazji od mojej bardziej zmotoryzowanej "połowy"!).
Witek nie przestawał się morusać. Nie wyglądał już jak ptaszyna, ale raczej jak Świnka Peppa, a nawet zaczął pochrząkiwać zadowolony! Pan, odjeżdżając zauważył, że kiedyś dwóch Witków we wsi było, a teraz już nikt, więc nasz Wituś będzie jeden z takim imieniem!
No i fajnie! Czasami wszystko jest fajne;)
26 maja 2015
Koko, mniamniu!
Wczoraj pełniliśmy z Witusiem rolę zastępczych gospodarzy (za dziadków): otwieraliśmy kurniki, sypaliśmy paszę i ziarna, laliśmy do misek wodę. To jest to, co Witek lubi najbardziej!
Biegał po podwórku ze swoim małym prywatnym wiaderkiem, otwierał wszystkie drzwi i bramki („sama!”- tak mówi...) i zachęcał kury do jedzenia (wołał do nich, pokazując na wysypane zboże: „Koko, mniamniu!”). Po wykonanej „robocie”, niczym prawdziwy dziedzic, pewnym i szybkim krokiem, pochylony do przodu, z rączkami w kieszeniach kamizelki wrócił na podwórko do swoich „brum”, wyraźnie spełniony i zadowolony;)
Witek ma różne swoje dziwactwa. Poza tym, że broi non stop i czasami mam wrażenie, że tylko on jeden na świecie ma takie przygody, jak ostatnio: wyciąga swój rowerko-samochodzik „zaparkowany” niedaleko rozłożonej suszarki (nabitej jasnym praniem...) i zahacza o koszulkę, co sprawia, że jak na filmie-cała suszarka pada i wszystko ląduje w piasku i trawie, a on wtedy na to: „Oooo, ja!” i od razu sprawdza, czy widziałam...
Albo wchodzi do domu z dworu i woła: „Mama, domu!”, trzymając w ręce wyciągnięty z donicy kwiatek, z całą jego bryłą i korzeniami... To kwiatek dla mnie, który według niego ma być w domu, a nie na dworze... Z kwiatka kapie woda (bo chwilę wcześniej go podlałam) i spadają grudki ziemi... Taki obraz- odbiera mowę. Naprawdę nie wiadomo, co powiedzieć...
Albo...Woła: „bruma!”, bierze pod rękę ulubioną książeczkę, albo jakiś samochód i każe sobie otworzyć drzwi od samochodu. Tam siada, najchętniej z przodu, albo rozkłada się z całą swoją zabawą na tylnich siedzeniach i daje mi znaki, że mam sobie iść, bo on teraz w tej oryginalnej „bazie” zamierza spędzić miło czas...Sam!
Zaskakują mnie jego pomysły, a domyślam się, że to dopiero początek „przygody”!;)
Biegał po podwórku ze swoim małym prywatnym wiaderkiem, otwierał wszystkie drzwi i bramki („sama!”- tak mówi...) i zachęcał kury do jedzenia (wołał do nich, pokazując na wysypane zboże: „Koko, mniamniu!”). Po wykonanej „robocie”, niczym prawdziwy dziedzic, pewnym i szybkim krokiem, pochylony do przodu, z rączkami w kieszeniach kamizelki wrócił na podwórko do swoich „brum”, wyraźnie spełniony i zadowolony;)
Witek ma różne swoje dziwactwa. Poza tym, że broi non stop i czasami mam wrażenie, że tylko on jeden na świecie ma takie przygody, jak ostatnio: wyciąga swój rowerko-samochodzik „zaparkowany” niedaleko rozłożonej suszarki (nabitej jasnym praniem...) i zahacza o koszulkę, co sprawia, że jak na filmie-cała suszarka pada i wszystko ląduje w piasku i trawie, a on wtedy na to: „Oooo, ja!” i od razu sprawdza, czy widziałam...
Albo wchodzi do domu z dworu i woła: „Mama, domu!”, trzymając w ręce wyciągnięty z donicy kwiatek, z całą jego bryłą i korzeniami... To kwiatek dla mnie, który według niego ma być w domu, a nie na dworze... Z kwiatka kapie woda (bo chwilę wcześniej go podlałam) i spadają grudki ziemi... Taki obraz- odbiera mowę. Naprawdę nie wiadomo, co powiedzieć...
Albo...Woła: „bruma!”, bierze pod rękę ulubioną książeczkę, albo jakiś samochód i każe sobie otworzyć drzwi od samochodu. Tam siada, najchętniej z przodu, albo rozkłada się z całą swoją zabawą na tylnich siedzeniach i daje mi znaki, że mam sobie iść, bo on teraz w tej oryginalnej „bazie” zamierza spędzić miło czas...Sam!
Zaskakują mnie jego pomysły, a domyślam się, że to dopiero początek „przygody”!;)
22 maja 2015
Ekscytujący dzień!
Zrobić udany prezent Witusiowi, to najlepiej... odwiedzić go! :) Z niczego chyba tak się nie cieszy ten synek, jak z gości!;)
Dzisiaj zapukała do nas Kasia z koleżanką-sąsiadką, która już w tamtym roku odwiedzała nas i "obiecała mi" wtedy, że jak już zamieszkamy na dobre, to ona może się Witusiem opiekować;) Witek na ich widok robił coraz większe oczy, a potem od razu zaczął się szalenie popisywać, prawie fikać koziołki na podłodze. W pewnym momencie nawet Kasia straciła cierpliwość i poradziła mu: "Nie ekscytuj się tak, Wituś!";)
Tymczasem nosiło go bardziej niż zwykle i trudno było zatrzymać w miejscu. Po prezentacji wszystkich samochodów i książeczek rzucanych z impetem na kolana dziewczyn (kto tego nie zna, mógłby się przestraszyć...), nastąpiła chęć na "tany", a potem ostatecznie wszyscy wyszli na podwórko, gdzie Kasia tradycyjnie zaprezentowała nam nowo wyuczone gwiazdy i szpagaty;)
Witek, jednym słowem, był w swoim żywiole i tego mu było trzeba: tak żywego i energetycznego towarzystwa! Miał widownię, a kiedy było trzeba sam się w nią zmieniał i bił bravo!;)
Później, z placu zabaw przyniósł dziurę w spodniach, a wieczorem, po kąpieli naliczałam 4 siniaki na jego małej nodze (no tak, pamiętam upadki z całego dnia...)!
Żywe złoto!;)
A ja...obserwuję go, opisuję, kiedy śpi i dziwnie mi się wydaje to abstrakcyjne: w tak wielkim świecie, wśród tysiąca innych spraw. Lubię jednak te przystanki. To, jak chwile w ciągu dnia, które mamy tylko dla siebie; kiedy na przykład razem kładziemy się na łóżku, "na odpoczynek", i wtedy on daje mi buziaki, wyciąga pasma włosów i mówi- na razie w przez siebie rozumianym języku (często pada "ciocium", co ma jednak sporo zastosowań-zupełnie jak w chińskim; jedno słowo a w zależności od intonacji i kontekstu znaczy co innego:))
Mój mały Chińczyk i Oberwaniec!
Fajny jest taki mały, choć już coraz starszy!;)
Dzisiaj zapukała do nas Kasia z koleżanką-sąsiadką, która już w tamtym roku odwiedzała nas i "obiecała mi" wtedy, że jak już zamieszkamy na dobre, to ona może się Witusiem opiekować;) Witek na ich widok robił coraz większe oczy, a potem od razu zaczął się szalenie popisywać, prawie fikać koziołki na podłodze. W pewnym momencie nawet Kasia straciła cierpliwość i poradziła mu: "Nie ekscytuj się tak, Wituś!";)
Tymczasem nosiło go bardziej niż zwykle i trudno było zatrzymać w miejscu. Po prezentacji wszystkich samochodów i książeczek rzucanych z impetem na kolana dziewczyn (kto tego nie zna, mógłby się przestraszyć...), nastąpiła chęć na "tany", a potem ostatecznie wszyscy wyszli na podwórko, gdzie Kasia tradycyjnie zaprezentowała nam nowo wyuczone gwiazdy i szpagaty;)
Witek, jednym słowem, był w swoim żywiole i tego mu było trzeba: tak żywego i energetycznego towarzystwa! Miał widownię, a kiedy było trzeba sam się w nią zmieniał i bił bravo!;)
Później, z placu zabaw przyniósł dziurę w spodniach, a wieczorem, po kąpieli naliczałam 4 siniaki na jego małej nodze (no tak, pamiętam upadki z całego dnia...)!
Żywe złoto!;)
A ja...obserwuję go, opisuję, kiedy śpi i dziwnie mi się wydaje to abstrakcyjne: w tak wielkim świecie, wśród tysiąca innych spraw. Lubię jednak te przystanki. To, jak chwile w ciągu dnia, które mamy tylko dla siebie; kiedy na przykład razem kładziemy się na łóżku, "na odpoczynek", i wtedy on daje mi buziaki, wyciąga pasma włosów i mówi- na razie w przez siebie rozumianym języku (często pada "ciocium", co ma jednak sporo zastosowań-zupełnie jak w chińskim; jedno słowo a w zależności od intonacji i kontekstu znaczy co innego:))
Mój mały Chińczyk i Oberwaniec!
Fajny jest taki mały, choć już coraz starszy!;)
21 maja 2015
Pierwsza drzazga...
Wszędobylski Witek tak się kręcił przy kominkowym drewnie, że prawdopodobnie to właśnie tam mała, bo mała, ale jednak drzazga wlazła mu w rączkę. Co poradzić, trzeba było wyciągać... Wezwałam posiłki i tato we własnej osobie "zabrał się do roboty". Nie wiem, kto bardziej przeżywał całą "operację"... Na pewno ja!
Widoków takich nie znoszę i nie dlatego, że jestem na nie wyjątkowo wrażliwa, ale dlatego, że dotyczą mojego dziecka! A ono od początku dzielne, przy końcu zaczęło jednak płakać i trzeba było przytulać, przytulać i przytulać, aż się z tego zrodziła chęć spania! Tak i się Witkowi zasnęło; intruz drzewiasty usunięty, a my po drzemce, poszliśmy na podeszczowy spacer.
Oto cuda, jakie znaleźliśmy po drodze.
Witek zdecydował: "Domu!". Zabraliśmy je więc do domu (część) i pięknie teraz wyglądają w szerokim szklanym wazonie. Deszcz przestał padać. Powietrze pachnie nocą.
Witek znowu śpi. Minął nam właśnie kolejny dzień- dziś w kolorze tych kwiatów!
Widoków takich nie znoszę i nie dlatego, że jestem na nie wyjątkowo wrażliwa, ale dlatego, że dotyczą mojego dziecka! A ono od początku dzielne, przy końcu zaczęło jednak płakać i trzeba było przytulać, przytulać i przytulać, aż się z tego zrodziła chęć spania! Tak i się Witkowi zasnęło; intruz drzewiasty usunięty, a my po drzemce, poszliśmy na podeszczowy spacer.
Oto cuda, jakie znaleźliśmy po drodze.
![]() |
| Orliki? (pięknie głęboki fiolet!) |
Witek znowu śpi. Minął nam właśnie kolejny dzień- dziś w kolorze tych kwiatów!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

