21 sierpnia 2017

Dziwactwa i inne zwyczaje

Skoro my, dorośli mamy je, to dlaczego dzieci miałyby nie mieć? Swoich dziwactw, natręctw, dziwnych zwyczajów, nawyków itd.?
Witek...
 - Niezależnie od pogody i pory roku najchętniej nosi...kalosze, choć wcale nie są najprostsze w zakładaniu (myślałam, że o to chodzi). Dlatego zestaw: krótka koszulka, spodenki i kalosze to jego ulubiona stylizacja...
- Skarpetki nie do pary to jeszcze nic, choć to celowy wybór, ale już buty? Tak, budzi tym sensację na placu zabaw; czasem nawet nie zauważę, że "znowu się tak ubrał"...
- Koszulka ubrana tył na przód? Podobno "tak ma być", czyli świadomie i z uporem -obrazek na plecach...
- Z zachowań? Nie podaje ręki na przywitanie. Ale tylko obcym osobom. Nie lubi, nie chce, odwraca się. Nie powiem, że mnie to nie drażni, czy irytuje. Tłumaczę, że należy się w ten sposób przywitać, że komuś może być niemiło itd. On mi wtedy tłumaczy, że: albo nie chce, albo się wstydzi. Niewiele mogę na to poradzić... Zostaje dalej mu tłumaczyć i czekać na lepszy czas...

Dlaczego o tym piszę? Bo zauważyłam, jak łatwo w takich sytuacjach o szybkie "przypięcie łatki": Nazwanie dziecka "dzikusem", "dzikiem", albo od razu "niewychowanym", a nie o to przecież chodzi...

Z przemiłych i niecodziennych zachowań, a i tych jest mnóstwo, chyba "dla równowagi", takie zdarzenie: Jesteśmy na spacerze w mieście, mamy coś do załatwienia. Idziemy, Witek łapie mnie za rękę, przysuwa ją sobie do policzka, potem całuje i mówi: "Lubię takie wyprawy z Tobą Mamo, są super."  Miłe:) Taki z niego przyjemniaczek:)

5 czerwca 2017

Kreatywność i podążanie za nią...

Czasami wydaje nam się, że trzeba coś szybko wymyślić; zabawnego, mądrego, interesującego, żeby zająć swoje dziecko; zając się nim tak, żeby od razu podłapało zabawę, nie nudziło się; k r e a t y w n i e spędzało czas itd.
Pamiętam,jak zaraz po narodzinach Witach wpadłam w dziwny "trans" kupowania rożnych książek, o zdrowym odżywianiu niemowląt, mądrym zajmowaniu się nimi, dbaniu o ich rozwój i kreatywność od najmłodszych lat... Teraz mnie to mocno  bawi, bo z tego co widzę, dzieci tę kreatywność, w zaskakujących ilościach, mają w sobie i ona im płynie w krwi w takiej dawce, że czasem można by nawet mówić o przedawkowaniu... przynajmniej w odniesieniu do standardów u dorosłych!;)

Zabawne to jest, bo im bardziej ja silę się na wymyślanie zabaw i zajęć, tym bardziej mnie moje dziecko zaskakuje swoimi "naturalnymi" i bez wysiłku przychodzącymi propozycjami czy opowieściami. To jest jak CUD, że takie rzeczy dzieją  się same z siebie. To jest też ten moment, myślę, w którym z całą wdzięcznością (kto komu chce i potrzebuje), należałoby podziękować za swoje zdrowe i mądre dziecko...Zdrowe i mądre, które wspaniale się rozwija; ma własną wolę, swoją świadomość, swoje życzenia... Swój mały, ale bogaty świat; swoją pewność i potrzebę wyrażania niezależności. Jednocześnie jest nadal z nami tak mocno związane, że czasem snuje się jak cień i na krok nie opuszcza.

Dzisiaj od rana padał deszcz. Mieliśmy tysiąc planów, które w związku z nagłą zmianą pogody stały się nieaktualne, przynajmniej do czasu przejaśnienia. I nagle, Witek, wybiegając przed moimi wszystkimi "super propozycjami"  k r e a t y w n e j zabawy, przynosi mi swoją szarą, nakręcaną myszkę, której już dawno temu obiecałam przykleić ucho. A właściwie dorobić je, bo oryginalne "gdzieś się zgubiło". Wycinam więc z szarego filce ucho, przyklejam do mysiej głowy, potem sklejam jeszcze drewniane tory od kolejki i nagle dowiaduję się, że: "przecież mysz ma dzisiaj urodziny", więc trzeba jej: "zrobić tort, włączyć radio, zmienić żarówkę na tę z kolorowymi światełkami..."
Za chwilę to wszystko się dzieje! Z ciastoliny robimy dwa piętrowe torty ze świeczkami z wykałaczek; muzyka płynie z płyty, żarówka kręci się i zostawia na ścianie barwne, disco refleksy;) Mysz czeka cierpliwie, jej ucho musi wyschnąć... Jest dobra zabawa!

Czy sama bym na to wpadła, wymyśliła? Jasne, że nie!
A te wszystkie historie o koledze, lub "bracie z pustyni"? Ile ja się o nim nasłucham; można by niejedno napisać. Zdarza się, jak opowiada Witek, że ten brat twierdzi, że: "jestem głupia i brzydka", ale Witek od razu zapewnia mnie: " Ja tak nie uważam mamo" ;) Czy to nie ciekawe? Mnie ciekawi bardzo! To jak "niewidzialny przyjaciel", przez którego docierają do mnie różne, czasem "niewygodne treści", które chyba "łatwiej" wydostają się w ten sposób...; może łatwiej je w ten sposób przekazać, przez "inną osobę" - tego "brata z pustyni". Dlaczego z pustyni? Może to miejsce wydaje się Witkowi tak egzotyczne i odległe, że nie sposób sprawdzić, czy ten brat tam jest rzeczywiście, czy go nie ma ;) Dlatego jest bezpieczne :)

Cieszy mnie to bardzo. Ta kreatywność i rozwój. Zmiany, które obserwuję na co dzień.
To, że Witek kiedyś "nietykalny" teraz często sam przed snem pyta, czy zrobię mu "masażyk..." Robię mu delikatny masaż plecków, czasami stóp, nucąc przy tym wybrane mantry. Po chwili zasypia.
To jest mój błogostan.








5 maja 2017

Urodziny Witusia!

2 maja Wituś miał urodziny.W takim dniu bardziej niż kiedykolwiek czujesz, że On dorasta, a Ty... starzejesz się. Naturalna kolej rzeczy i nic odkrywczego, a jednak w tym dniu dociera to mocniej i zaraz prowokuje jakieś refleksje typu: "w którym to się teraz miejscu w życiu znajduję" i tak dalej...
Witek nie zmienił tylko mojego życia- wywiera wpływ na tych, którzy się na niego otwierają; tak jak można się otworzyć na dziecko.

2 maja cztery lata temu- burzowo, pochmurno, parno. Wszystko w rozkwicie, zieleń na palcach przeskakuje kolejne poziomy- świeża i młoda, ale niecierpliwa, bujna. Zdaje się, że zaraz zielonym paluchem dostanie się i przez okno do pokoju szpitalnego.
Czwartek. Od 8.35 cudowny dzień. Ulga, że wszystko poszło, jak trzeba. Że już "po". Że jesteśmy. Razem. Na zewnątrz ;)
Nie pokochaliśmy się z Witkiem od pierwszego wejrzenia. Raczej się sobie przyglądaliśmy z zaciekawieniem i myślą: "A więc to Ty... Już jesteś...Tak wyglądasz. Przyszedłeś, pojawiłeś się... To witaj!"
Bardzo wyjątkowe zapoznawanie! :)

Wczorajszy dzień urodzin Witka- jasny, radosny, niespodziankowy, prezentowy.
Zrobiliśmy spotkanie w domu; tort (koniecznie z truskawkami); przybyli mili goście, wnieśliśmy toast dziecięcym "szampanem".
Była radość, szczęście, ciepło...to czego nam najbardziej potrzeba; czego na co dzień chcemy, z czym czujemy się najlepiej...

W tym wszystkim, chaosie i rozgardiaszu przyjęciowym, pojawiają się takie momenty, kiedy patrzysz na swoje rozpromienione dziecko i już wiesz, że nie roztoczysz nad nim żadnego parasola, żadnej takiej ochrony, która pozbawi go przykrości, rozczarowań, niemiłych doświadczeń. Że droga, na którą wszedł, jego życie, należy do niego i musi ją pokonać sam; te wszystkie przeszkody i trudności, z jakimi będzie się stykał.
Będzie miał na niej swoje zadania do wykonania. Swoje sprawy. I tyle. Tak to wygląda. Ty- mama-jesteś w tle- tyle i aż tyle.
Myślę o tym i robię małe BAM, jak wtedy, cofając się na kładce z aparatem. To nie jest zimny prysznic, ale...no tak to już jest. Chciałoby się mieć niejeden taki parasol.

Najbardziej chyba rozczulające było to, kiedy Witek słysząc życzenia, odpowiadał : "Ja Tobie też!" :)
Przed zdmuchnięciem świeczek powiedział mi swoje marzenie.
Zaskoczyło mnie trochę;)
Moje byłoby takie, żebyśmy się zawsze mocno przyjaźnili!





22 marca 2017

Wiosna w drodze!

Życie z Witkiem od pierwszego dnia jego narodzin do nudnych nie należy. Cały czas zaskakuje nas  i zadziwia ten mały człowiek. Wyczynia takie rzeczy, że porównania do Emila z Lönnebergi wcale nie wydają się przesadzone...
Wiosna ruszyła! Mamy ją. Oficjalnie wróciły żurawie... Coraz więcej kaczek, dzikich gęsi wyleguje się na polach.Wracają więc te wszystkie „pinginy”, które jesienią oglądaliśmy, jak w postaci kluczy wyruszały w swoją podróż przed zimą.

Coraz więcej czasu spędzamy na dworze i w ogrodzie, który można już stopniowo przygotować na nową porę roku. Najciekawsze i najmniej spodziewane znaleziska to orzechy włoskie, które znajdujemy w najmniej spodziewanych miejscach! Cały czas zastanawiam się, jakie zwierzęta mogły je tam sobie chować? Pod krzakiem truskawek, zakopane w mchu, ukryte pod leszczyną, w paprociach... Orzech rośnie po drugiej stronie ulicy, w ogródku sąsiadów, więc ktoś musiał się bardzo postarać, by te skarby - zapasy?- przytaszczyć aż do nas!

Dużo spacerujemy, czasem spotykamy jakieś zwierzęta, czasem odkrywamy nowe miejsca, jak na przykład polanę ukrytą w lesie, z pięknym światłem i brzozowym zagajnikiem obok. I jak to nas cieszy! Ten Mały to świetny towarzysz, i mimo jego zmęczenia małych nóg, a mojego kręgosłupa, wracamy bardzo zadowoleni. Po drodze robimy sobie  tzw. „opoczynki”. Wtedy Witek zaczyna snuć historie... Zaczyna się przeważnie tak: „Mama wie, jak... żyją syreny?”, albo: ...jak pływa łódź  podwodna?, ...i że pod naszą planetą jest ocean, i w ogóle jest jeszcze jedna planeta na której żyją tylko konie, i...że dinusie zawsze walczyły ze smokami?”

Inne urocze teksty tego dziecka dotyczą jego planów na przyszłość...
„W przyszłości będę stolarzem... ale czy wtedy tez będę mieć zabawe? Takie inne duze zabawki?
Później będę rycerzem, będę bronił moich poddanych. Ciebie tez obronie, mamo.”
Albo:
„Ja myślałem, niedźwiedzie w życiu nie ją rybuff”
I te najlepsze, zaraz po przebudzeniu:
„Mama wie, ja kocham mamę jak osiem planet. Mamy życie to jest słonko.”
Trochę tak. Od razu robi się ciepło.



12 stycznia 2017

Choinka, po-Święta i trochę o śniegu

W końcu zebraliśmy się i z ciężkim sercem rozebraliśmy naszą choinkę.
Wcześniej Witek z wielkim zaangażowaniem ubierał ją w nasze skromne dekoracje. Pomagała mu ciocia na tyle, na ile jej pozwolił i trochę ja. Ale to zdecydowanie on był głównym dowodzącym w tej misji. Kiedy zapytałam, dlaczego powiesił, aż trzy aniołki na jednej gałązce, od razu wyjaśnił mi, że to „spotkanie”. Oburzył się i bardzo zmartwił, że nasza choinka nie będzie miała gwiazdy na czubku, bo przecież „każda choinka MUSI mieć Gwiazdę”! Udało mi się coś wykombinować z jednej ze słomianych ozdób i na szczęście na tym stanęło. Po zapaleniu na niej kolorowych lampek wspólnie uznaliśmy, że wygląda dobrze. ;)

Kiedy ją wyniosłam z domu, Witek powiedział tylko: „Tu pusto, nie ma tej choinki”.
Święta mają swoją moc, swój klimat, urok. W tym wszystkim jest i choinka- tradycja, symbol, potwierdzenie, powielenie. Urzeka nie tylko dzieci.
Jej zapach to z kolei zapach z mojego dzieciństwa, moich świątecznych  wspomnień...
Nasza pachniała w tym roku cudownie, dodatkowo pachniała podarowanymi piernikami- doskonałe uzupełnienie...
Nie sposób się temu oprzeć. Od razu robi się człowiekowi cieplej; tak miło, jakby wracał po długiej podróży do znanego, dobrego miejsca, jakiegoś mentalnego Domu...
Witek coraz bardziej świadomy tego, że to czas inny, wyjątkowy: bardziej jasny, ozdobny, uroczysty...

Zupełnie nie spodziewałabym się, że będzie z takim rozrzewnieniem reagował na różne zmiany w domu. Jego radość, kiedy zobaczył obrusik w bałwanki na swoim stoliku i zdziwienie, kiedy zabrałam go później do prania. Bardzo mu się spodobał, od razu zaznaczył, że chce, aby był tu już zawsze... Choinka najlepiej też. Światełka-kolorowe lampki, skarpeta na kominku...

Mieliśmy piękne Święta. Prawdziwe, żywe, radosne. Wszystkim takich życzę.
Z prezentami...Ach, te prezenty!  W dzień Wigilii, chyba pod wpływem różnych świątecznych bajek, Witek stwierdził, że musi napisać drugi list do tego „Lololaja”, żeby mu przyniósł nie tylko dzi-samolot, ale jeszcze pisiaka- maskotkę... Bo to taki fan maskotek, że niedługo te wszystkie pluszaki wyniosą nas za próg, tyle ich już jest... Musiałam przygotować kartkę, kopertę, znaczek z klasera...i obiecać, że „doślę” ten list na czas. Miśka nie dostał, ale zrozumiał, że najwyraźniej list nie dotarł bo, za późno go wysłaliśmy...

Po Świętach...uraczył nas śnieg. Teraz myślę, że to szczęście ( biorąc pod uwagę zmiany klimatu i pogody), że Witek może jeszcze zobaczyć prawdziwy śnieg; dotknąć go, posłuchać jak skrzypi pod butami; zjechać na sankach z górki, co uwielbia!
Zapach śniegu w lesie. Myślę, że śnieg ma swój zapach, ja go czuję...I też wraca do mnie wtedy dzieciństwo i czas spędzony na dworze, w takie wolne, zimowe dni.

Znaleźliśmy wspaniałe górki w lesie. Nad zamarzniętym stawem. Suche trawy, słodki biały zapach i żywa cisza unosząca się, jak para nad tym miejscem.
Witek bierze zamach, ale patyk jest tak lekki, że nie przełamie lodu.
Staw jest zimny i głuchy na odgłosy z zewnątrz.
Lśni w słońcu, miejscami, jak cekiny na wieczorowej sukni.
Wracamy do domu.
Prawie zgubilibyśmy wełniane rękawiczki, które zsunęły się z rąk i wpadły w śnieg.
Z daleka wyglądają jak kolorowe szkiełka, albo kawałki tęczy – przynajmniej łatwo je odnaleźć.
W domu: kakao, pierniczki z puszki, ostatnie igły znalezione na kanapie.
Wszystko ma swój sens i miłe tło. Zimowe tło wieczoru. I Witek w tym wszystkim, który z czerwonymi policzkami biegnie drogą, odgarnia czubkami butów śnieg i woła: „Kocham zimę, kocham ten śnieg!”
Ja: kocham Witka, kocham ten śnieg, nas wszystkich tam, w lesie; kocham tę ciszę nocy.

22 grudnia 2016

Książki pod choinkę i nie tylko...

Książka to chyba jeden z tych najbardziej "bezpiecznych prezentów"... Oczywiście dla tych, którzy książki lubią, czy nawet kochają! Bo tym nigdy za wiele i nigdy się nie znudzi ;) Wiem to po sobie i od kiedy Witek zasypia przy wieczornym czytaniu książki "do poduszki" mam nadzieję, że i On zawsze z książki się ucieszy. Teraz tak jest, i oby mu szybko nie minęło, bo wiadomo jak jest... Kto teraz rządzi światem, jakie media..te p....one  smartfony itd.;)
Póki co: czytamy! Odwiedzamy biblioteki; książki kupujemy i dostajemy. Witek zauważył nawet, że mało ma już miejsca na swoim regale... Ale co to za problem! Zrobimy nowy regał!;)

Książki, które wyjątkowo nam się ostatnio podobały i takie, które mogłabym polecić na prezent świąteczny to na pewno (kolejność przypadkowa):



- "Złoty Potok" Henryk Bardijewski

Bardzo przyjemny, literacki język, ciekawa historia; trochę poetycka, trochę filozoficzna, z ładnymi ilustracjami... Wciąga i miło się przy niej zasypia.



- "Nero Corleone.Kocia Historia" Elke Heidenreich

To równie dobrze książka dla dorosłych! Co chyba zdradza trochę sam tytuł...Żadne słodkie zwierzaki, kocie przytulanki...Nie, to historia "z życia wzięta", którą czyta się trochę jak biografię "pewnego łotrzyka"... Tak samo zadziornego, jak i uroczego. Nie tylko dla fanów kotów. Wracałam myślami do tej bajki kilka razy, bo jest taka inna, taka... dojrzała? Nie wiem. Na pewno warto ją poznać. Choć to nie pozycja dla "księżniczek".

-"Elf i Raptulla" Agnieszka Tyszka

Znowu bogaty, poetycki język. Autorkę znam też z innych opowieści i bardzo cenię... Przemiłe są te historie. Elf i Raptulla to taka mini bajeczka, "na jeden ząb", ale mądra, z morałem, i na pewno działająca na wyobraźnię!



-"Elmer. Słoń w kratkę" David McKee 

To zapewne jedna z najbardziej kolorowych książek dla dzieci, jakie kiedykolwiek widziałam! Duża, pięknie wydana. I tak kolorowa, soczysta, że można się tymi kolorami upić i nasycić, jak najpyszniejszym deserem! Słoń, jak można się spodziewać ma rożne przygody, ciekawsze lub mniej, ale te ilustracje... dla nich samych warto! Dają jakieś takie ukojenie, a jednocześnie optymistyczny zastrzyk! Może szczególnie zimą tak to działa na oczy - spragnione żywych barw...


Na razie tylko tyle, ale chyba rozwiniemy ten wątek, bo jest o czym pisać:)


28 listopada 2016

Radość radości nierówna

Co mnie najmocniej wzrusza, zachwyca i cieszy, to kiedy mogę obserwować u Witka jego niczym nieskrępowaną Radość. Taką, o którą my dorośli staramy się, zabiegamy, próbujemy na nowo w sobie wzbudzić, a którą dzieci i podobno zwierzęta ( przeczytałam ostatnio u Lowenna) mają ot tak, po prostu, nie skrępowane jeszcze całą kulturalno-tradycyjno-wychowowczą siatką ograniczeń no i niepozbawione dzięki temu swojej niewinności, spontaniczności, "czucia" po prostu...

Kiedy mój syn śpiewa: "Kocham moje brumy, małe i duże i moje zabawki, moją mamusię i tatę, kocham zimę i kocham cały świat" - to jest to takie szczere, takie wyraźne, ma taką moc, jak... mało co.  Ma siłę modlitwy i mantry. Jest prawdziwe. Porusza. Zachwyca. I daje do myślenia...czy ja sama z podobną łatwością i lekkością potrafiłabym zaśpiewać coś podobnego? Tylko i wyłącznie dlatego, że w ten właśnie sposób czuję, bez innych wyszukanych powodów. Wystarczy to...a i tak trudno. Choć jeśli to mnie cieszy ( co "kocham"), na tym opieram swój świat, z tego wynikają moje wartości, to stanowi sens mojego życia...to dlaczego tak trudno jest nam...czerpać z tego radość? Dlaczego wciąż powtarzamy sobie: "No pewnie, to jest fajne, cieszę się z tego, dziękuję za to, jestem wdzięczna, ale gdyby tak jeszcze..." Czyli: niekończąca się historia życzeń i oczekiwań.

Tymczasem Witek, bierze kąpiel, odwraca się do mnie, przerywa zabawę i mówi: "Mamusia lalęta, ja mamusię kocham cium osiem lefów... i kocham zimę?". :)

Dzikie gęsi i inne cuda

Sadziliśmy dzisiaj w ogrodzie, sprzątaliśmy trochę, nawet przesadzaliśmy. Witek, chociaż mocno zakatarzony uwijał się z podwójną energią! Nagle z nieba dało się słyszeć znajomy dźwięk - gęsi lecą. O, nie to pierwszy klucz, czyli już odlatują... - pomyślałam i od razu mówię do Witka:
- Popatrz na niebo, ciekawe jakie to ptaki lecą? Gęsi po swojemu, jak zwykle, robią trochę hałasu...
A Witek patrzy w górę, odwraca się do mnie i z całą pewnością i spokojem odpowiada:
- To pingwiny!
:)
Uwielbiam go!

Dlaczego w pewnym momencie już nic Cię nie zdziwi, a kiedy odkrywasz kolejną "psotę", z prawdziwie stoickim spokojem, przechodzisz nad nią do "porządku dziennego"? Dlatego, że jest ich tyle i częstotliwość wciąż wzrasta, że to jedynie zdrowe i rozsądne zachowanie:)

Dlatego nie dziwi mnie, kiedy otwieram szafkę z pościelą, a stamtąd, jak żywe wyskakują na mnie "zakopane" żołędzie; kiedy w moich skarpetkach pochowane są "dinusie" i inne stwory. Albo, gdy zakładam gumowce i trafiam stopą na samochód lub inny pojazd, który prawdopodobnie ma tam teraz swój garaż...
Witek zaczął od niedawna rozbierać się przed kąpielą jak kowboj zarzucający lasso. Tyle, że on w ten sposób postępuje ze swoim ubraniem. Dlatego nie dziwią mnie jego spodnie znalezione pod prysznicem, ani skarpeta w koszyku z kosmetykami, między odżywką, a tonikiem.
Nie dziwi mnie, kiedy on mówi językiem, jak ze starych ksiąg, opowiadając mi o kimś: "Jego imię było.... i tu pada imię, najczęściej wymyślone, które brzmi Bykut, Pikot, Bagut, Begot itp. Takie imienne słowotwórstwo...

Witkowy język...To temat na osobny wpis. Mamy już słownik, którym sami posługujemy się czasem. I brzmi to jak tajemny kod, tylko dla nas dostępny. Oto fragment niealfabetyczny (niektóre ze słów wyszły już z obiegu, zastąpione poprawną wersją...):
pynu- drabina, stołek
si -woda
ki -dziękuję
tocium -ogien
ciecium-duży
cieciu- światło
si- mucha
pasolena- parasol
uuu- zimno
habuś- rabuś
luz-guz
jem-wiem
loda-woda
ciapci-kwiatek
jeju-widzę

Inne teksty Witka, najczęściej przez nas samych używane:

1. „ Mój dzień be siku” – jako że be siku oznacza kupę, należy rozumieć, że to nie najbardziej udany dzień; ale to stwierdzenie pojawia się przeważnie u Witka wtedy, kiedy trzeba coś zrobić, za czym nie przepada... na przykład wymyć włosy, albo posprzątać zabawki itp.
Używamy sobie tego tekstu swobodnie,zwłaszcza pod koniec dnia, kiedy nam się już nic nie chce, albo kiedy zdarzy się faktycznie coś mało ciekawego ;)

2. „Gdzie ten dzieć?” -  kiedy szukamy kogoś, lub...czegoś

3. „Ja nie jeju” – ja nie widzę...nie mogę zobaczyć, nie widziałem itd.

4. „Razu...” – jako wprowadzenie do historii; tak Witek zaczyna opowiadać bajkę...

5. „bida baba”, „bida bagu” „biga bagu” – coś w sensie: pomieszanie z poplątaniem; albo...boli mnie głowa;)

Jest tego oczywiście więcej, ale muszę zapisać cokolwiek, żeby mi z głowy nie wyleciało:)
Oczywiście uwielbiam te jego skróty i "niepoprawności", głównie dlatego, że przyjdzie czas, w którym naturalnie znikną i wtedy będziemy już wszyscy "mówić tak samo"...




28 września 2016

Czas na więcej czasu...

Ach, żeby tak mieć czas na wszystko, co by się chciało zrobić w ciągu jednego dnia! Ile razy jest tak, że setki niespodziewanych wydarzeń i okoliczności zmieniają cały plan i przygotowany wcześniej porządek, listę z punktem po punkcie... Od kilku dni zatrzymuje mnie przeziębienie. Jest jak za małe buty i za ciepły sweter- niby możesz chodzić, ale powoli, niewygodnie, a przy tym to za ciepło, to znowu za zimno i lepiej nie wystawiać się na wiatr...
Wituś wstaje rano, słyszy, że kaszlę i pyta, zatroskany:
- Mama chola?
Kiwam głową.
- Mama brumą pani...
No, do lekarza to jeszcze nie, ale do apteki owszem;)

Tak, czy inaczej...Nie robimy tego, co było zaplanowane. Zamiast tego siedzimy w domu i nadrabiamy zaległości w wypełnianiu podarowanych kolorowanek, książeczek z rebusami i innymi zagadkami, naklejkowymi zwłaszcza...

Ogród powoli zmienia się i zahacza o chłodniejsze tony; coraz więcej trzeba by już w nim uporządkować. Czekają cebule wiosennych kwiatów do posadzenia. Już widzę ten podział prac: ja kopię dołki, Witek wrzuca "psiapsi".
Ogród, mimo dużego nakładu pracy, dał nam tyle w tym roku, że, aż trudno ocenić ile... Niesamowicie cieszę się z jego powstania. Nawet w tak okrojonej jeszcze i niepełnej wersji był niezwykle przyjemnym miejscem do spędzania wolnych chwil; zabaw z Witkiem, jego biegów, "startów", kopania piłki, chowania się za leszczynami... I wspólnych prac: siania, sadzenia, podlewania, nawet wynoszenia zielska... A potem "ucztowania" przy krzakach malin, jeżyn i koktajlowych pomidorków.
Widok takiej małej rączki sięgającej po truskawki, czy poziomki; dziecka buszującego wśród owocowych krzaczków jest cudowny, bo zawiera w sobie coś zupełnie prostego i naturalnego: bierzemy z natury to, co ma najlepsze do przekazania, w dodatku spokojni o to, że nie ma w tym żadnych świństw i nikt nas nie oszukuje.
Dzięki tym wszystkim ogrodowym wycieczkom, na spacerze w parku Wituś mówi: "Mamo to róze!" Poznaje... Co jeszcze tam robi?
Wykopuje marchewki łopatką do wsadzania sadzonek.
Wydłubuje ze strąków bób.
Szuka w gęstwinie liści ogórków.
Odbiera ode mnie zerwane cukinie.
I codziennie sprawdza jak duże są już  dynie i "harbuzy", za każdym razem zachwycając się: "O ja!".
Dotyka wysokich cynii i zrywa swoje ulubione nagietki, które później stawiamy w domu do wody, a on, jedząc przed nimi śniadanie mówi: "To moje psiapsi mamo".
Czy to ma sens? Tak ogromny! Szczególny! I warty całego zachodu, wszystkiego...

15 września 2016

Sens w tym, żeby był ślad

Właśnie zauważyłam, że ostatni post tutaj figurował na liście z numerem 50. O kurczę, nie powiem, że nie jestem zaskoczona! Powiem, że jestem!;) Nie liczyłam dotąd tych wpisów i wcale bym nie przypuszczała, że tyle się już nazbierało!
To ciekawe, bo ostatnio, zastanawiając się nad sensem i brakiem-sensu w robieniu rożnych rzeczy, przemyśliwałam także pisanie tutaj. Ale szybko mi się przypomniało, jaki był główny cel i zamierzenia tego miejsca. Właściwie nie robię tego tylko dla siebie. Właściwie to przede wszystkim robię to dla innych; tych najbardziej i szczerze zainteresowanych, którzy nawet jeśli w postaci obserwatorów dwóch;) to jednak...są. I wiem, że te wpisy czytają. A tak zupełnie poważnie, to piszę to dla Witka. Bo wierzę, że kiedyś, kiedy to wszystko wydrukuję, post po poście i zgrabnie zbiorę w jakąś blogo-książkę, to On ja z zainteresowaniem przeczyta. O tym, o czym ja nie będę mu w stanie opowiedzieć, bo najzwyczajniej wszystkiego nie zapamiętam.

Życie pisze tyle historii, tyle niesamowitych dialogów, monologów! Kiedy masz aparat pod ręką, łatwo go wyciągnąć i szybko "złapać chwilę", uwiecznić na fotografii; ale kiedy słyszysz jakiś zabawny tekst od swojego dziecka, porównanie, albo wyznanie, typu: "Ja kocham moją mamę" z uwielbieniem na twarzy i miłością w oczach... to zostaje Ci to tylko zapamiętać, kiedy powiedział tak pierwszy raz. Bo jest to niezwykłe, niepowtarzalne i ma swoją wagę, moc i siłę!
Pamięć zaciera niestety obrazy, a co dopiero słowa... i później to wszystko śmieszne, urocze, kochane...ucieka i znika.
Może więc to rodzaj jakiejś obsesji, ale padłam jej ofiarą i stałam się swego rodzaju stróżem! Nie chcę żeby się zatarło, żeby przepadło. I widzę w tym duży sens. Na tyle duży, żeby tu dalej zaglądać.

Kiedy Natalia Przybysz w jakimś wywiadzie wyjaśniła, że słowa "nazywam się niebo" z jej znanej piosenki, o tym samym tytule ( którą nota bene słuchałam w słuchawkach na spacerach, przemierzając leśne i polne drogi z Witkiem w wózku), wymyśliła jej córka, w czasie zabawy , a które ona sobie zapisała i później wykorzystała w tekście piosenki, to tylko mnie utwierdziło w zapisywaniu i moim. Bynajmniej nie dlatego, że mam w planach karierę muzyczną;)

Co takiego, ostatnio powiedział nam Witek?
Na przykład, w czasie jazdy samochodem, nagle zakomunikował:
- "Mamo, ja lubię las. Kocham go!"
Albo dzisiaj:
- "Mama ma imię bambus. Tata jest kjulik, ja jestem lewem, a mama nie-nie" ( czyli słoń...)
No i jak tego nie zapisać? ;)



31 sierpnia 2016

Jak dobrze nie mieć końca wakacji...

...bo trochę tak jest. Nam lato nie robi "ciach" na ostatnim dniu sierpnia. Możemy sobie pozwolić na płynne przejście we wrzesień, w starym rytmie dnia.
Po wyjeździe wszystkich wakacyjnych, ale "szkolnych" już dzieci, wokół domu zrobiło się pusto i dziwnie nieswojo. Będziemy się musieli do tego przyzwyczaić, choć jak wiadomo, zwłaszcza na początku, jest to rodzaj ciszy z gatunku mało przyjemnych.

Tymczasem, jeszcze wczoraj udało nam się spędzić fantastyczny dzień na puszczaniu latawców. Wybraliśmy się na spacer za naszą część wsi i na drodze do starej stacji kolejowej zaczął się główny pokaz. Cudowne uczucie i piękne widoki; popołudniowa pogoda wspaniale dopisała. Nawłoć wirowała, wstążki latawców też; ciężkie i ciemne chmury próbowały nas dogonić i wciąż deptały po małych piętach, ale słońce było wtedy wyraźnie po naszej stronie- wydłużało cienie i odprowadziło nas później do samego domu.
Dzieci piszczały, plątały sznurki, marudziły, że: "kto poniesie latawiec?", "kto poniesie kijek?", "kto znajdzie babkę na skaleczony przez ostrą trawę palec?", ale to słońce... kolory, latawce w górze, ich zadowolone miny, zapach jabłek w trawie z przydrożnych jabłonek...to wszystko pisało się na lato magiczne, lato jak z bajki, a raczej powieści dla dzieci; z klimatem ze starych filmów, w stylu "Wakacje z duchami". Trudno się było nie zapomnieć i nie wsiąknąć na chwilę w ten mikrokosmos spraw, pomysłów, zabaw i radości dziecięcych. Świat widziany i odbierany z ich perspektywy. I przypomnieć sobie, jak to było, kiedy się samemu miało tyle lat. Czy podobnie?

Witek coraz rzadziej chętny do pozowania, więc niewiele zrobiłam zdjęć. Ale te, które są dobrze oddają atmosferę tamtego czasu. Zimą trudno będzie uwierzyć, że to wszystko miało miejsce! Czasem dobrze jest i w ten sposób zanurzyć się w lato. Zapamiętane na zdjęciach smakuje sentymentalnie, ale przywołuje dobre chwile, a tych nigdy za wiele!




22 sierpnia 2016

Pierwsze książki...z biblioteki!

Tak, to nie żarty. Byliśmy dzisiaj w naszej małej wiejskiej bibliotece, spontanicznie, przy okazji, bez żadnego planu, po drodze i na koniec spaceru..., gdzie Pani założyła Witkowi jego własną kartę.

Wybraliśmy 4 książeczki, a właściwie to mały czytelnik je wybrał, bo na większość moich propozycji kręcił nosem i widziałam już, że zaczyna się scena pt. "ja sam". No to niech wybiera...

Jestem przeszczęśliwa nie tylko dlatego, że to "już" i "stało się", bo jakby nie było to zapowiedź pewnego okresu i swego rodzaju wtajemniczenia; poza całą organizacyjną otoczką- wejścia w inny świat, poznanie świata książek...bardzo bezpiecznego i wiernego. Jak mało co pewnego...
Najbardziej cieszy mnie to, że Witek polubił zasypianie przy książce; czyli ja czytam mu wybraną książeczkę, on słucha i po kilku minutach zapada w tak głęboki sen, że jest to dla mnie, przyzwyczajonej raczej do jego późnego zasypiania, jakimś ewenementem i wydarzeniem na skalę!
Nachylam się nad nim z niedowierzaniem i sprawdzam "czy aby na pewno"? ;))
Ale jest, śpi:)

21 sierpnia 2016

Magicznie, muzycznie...

Chciałabym wiedzieć, co zapisuje się w takiej małej głowie... Jakie obrazy, jakie wrażenia; czy mając 3 lata można przeżyć coś tak głęboko, żeby zostało w człowieku na później i miało później wpływ na inne rzeczy, doznania, wybory itd. Zwłaszcza jeśli są to pozytywne doznania. W jaki sposób na przykład kształtuje krajobraz, przestrzeń, pierwszy raz widziane góry? Widoki rozległe po horyzont?
Góry to jedno... Wspaniały czas, zero zmęczenia, zaciekawienie i radość, które u dzieci jeszcze więcej znaczą i większy mają urok...
A co z muzyką?
Kiedy nagle ze znanej przestrzeni wyłania się coś tak innego i nieznanego jak wielki instrument, prawdziwy, niezwykły, żywy... Wiolonczela.
A człowiek, który potrafi pięknie na nim grać, staje na przeciwko i gra tylko dla ciebie. Za nim szumią-tańczą stare dęby, w dole płynie rzeka, bo wszystko odbywa się w wyjątkowym miejscu, za miastem....
Wcześniej pan pozwala dotknąć strun, smyczka... Uśmiecha się, wyciąga nóżkę, ustawia wiolonczelę, a ona otoczona trawami zaczyna czarować i wprowadza nas w całkiem nieznany świat i od razu ma się wrażenie, że właśnie dzieje się coś wyjątkowego i ważnego... Ciarki na plecach...

Wituś bardzo zadowolony. Przez chwilę tańczy na drodze, unosi się kurz. Potem znalezionym patykiem robi „pisiu”, rysuje dom i si ( wąż); dla niego być może to kolejna atrakcja, ale mam wrażenie, że na tym się nie skończy.
Ślad zostaje nawet na piasku, a co dopiero...



19 sierpnia 2016

Latawce, dmuchawce, wiatr....

Dzisiaj odwiedziła nas Marta...Tak, ta sama która pojawiła się już w poprzednich postach. Przyszła zobaczyć się z Witkiem, ale nie przyszła sama. Przyniosła swój prezent od Babci znad morza- latawiec z "angry birds" za 9,90 zł , co sama dodała w odpowiedzi na pytanie, skąd go ma ;) Uspokoiła mnie też, że gdybym chciała kupić podobny dla Witusia, to na pewno znajdę, bo ona widziała już takie wcześniej i przeważnie są "same chłopakowe wzory". Sama, biedna, musiała wybrać jakiś w miarę uniwersalny dla siebie... Stanęło na ptakach;)
Latawiec- prosta konstrukcja, za to szczęścia daje co nie miara. O tym przekonaliśmy się w chwilę później.
Wituś też miał latawiec- prezent z urodzin, i  dawał on nawet radę, ale jak zauważyła Marta, taki to jest typowy do wiatru, a jej potrafi latać nawet, kiedy wiatru nie ma... Trochę w tym było racji; cała przewaga brała się z innego kształtu - szerokich skrzydeł... Witkowy był podłużny i wąski, więc nie wzbijał się tak szybko, mimo, że trochę się o to starałam, biegnąc zaangażowana przed siebie i sprawdzając co chwilę efekty tego wysiłku...
Tak, czy inaczej mieliśmy uroczy wieczór. Mimo, iż sierpień  nie rozpieszcza nas ciepłem, latawiec wymusił małą rozgrzewkę, a zachód słońca w ciepłych pomarańczach ocieplił nam powrót do domu.
Było prawie jak u Kubusia Puchatka;)



25 maja 2016

Kos w ogrodzie, skowronek nad nami

Maj. A u nas tyle się dzieje. W maju zawsze się dzieje; ten nagły wybuch i ożywienie w świecie przyrody przekłada się i na nasz zapał i energię, chociażby do pracy w ogrodzie. A jest tam co robić, bo ogród dopiero powstaje, budzi się, nabiera kształtów i jakiejś niezbyt rygorystycznej, ale jednak formy...
Obserwujemy ptaki, ptaków jest tu sporo; te szukające nasion między ścieżkami w ogródku warzywnym, i te nad nami, które na spacerach, na polnej drodze, dają prawdziwe popisy swoich wokalnych możliwości!
Witek jest mistrzem podlewania i wrzucania kamieni wszystkich rozmiarów do wiader z wodą. On je wrzuca, ja wyciągam... Siejemy razem kwiaty i warzywa, on znowu wrzuca... nasionka. To jego ulubione zajęcia i widać, że sprawiają mu przyjemność, bo nigdy nie muszę go za długo namawiać do takich prac.

Dzisiaj zostaliśmy w domu. Pogoda popsuła się, było chłodniej, padał deszcz. Witek nie w humorze, nie chciało mu się nawet iść na "hopa" (trampolina) poskakać ( "mamusiu, ja koki").
Po tym, jak mi rano sam oświadczył, że jest "choly" (faktycznie ma katar), zapytałam:
-Wycierasz nosek?
-Taa...
- Na pewno?- słyszę, że mu tam wszystko bulgocze.
- Nie.
To był trudny dzień...
Poza tym Witek był "gapą", jak sam o sobie mówi, bo wychodząc spod stołu, gdzie zrobił "ciecium dom dla pisiów" (duży dom dla misiów) nabił sobie guza, czyli "luza"...

Dopiero po południu spodobała mu się zabawa z Diniem- dmuchanym zielonym smokiem, którego później zaprosił także do kąpieli ("Mamusiu, ja i Dinio, myju, telaz") i chociaż Dinio zajął mu połowę miejsca w wannie, zabawa była przednia. Smok był myty i spryskiwany wodą z butelek i psikawki. Radość i kupa śmiechu plus popisy przed smokiem-Diniem-kompanem. Podłoga cała w wodzie...
A jeśli ktoś się zastanawia, co może robić mama po kąpieli swojego dziecka, to poza rutynowymi czynnościami, takimi organizacyjno-porządkowymi, może ona też wycierać niejakiego zielonego Dinia, gdyż jej synek zapragnął dziś z nim zasnąć... Dinio zdecydowanie ma swój dzień!


25 listopada 2015

Szukamy "Nie-nie"

Nie-nie lubi orzeszki:) Wituś też lubi orzeszki. Lubi Nie-nie, Kota i Konia. Kiedy wstaje rano, od razu za nie łapie i mówi triumfalnie: Kot i Koń (oba pluszaki), jakby ciesząc się, że są obok i nie musi ich szukać!;) Swego czasu taką pozycję zajmował Nie-nie (gumowy Słoń), ale ten jest duży i ciężki, więc nawet Witek odpuścił, bo niewygodnie się z nim śpi;)

Słonia Nie-nie (to od dźwięku, jaki wydaje swoją trąbą "nieee-nieee!") szukaliśmy w lesie. Chcieliśmy go nakarmić orzeszkami, którymi Witek wypchał swoje kieszenie w kurtce. Krzyczeliśmy, wołaliśmy, zachęcaliśmy, ale Nie-nie najwyraźniej poszedł na spacer, bo nie pojawił się u nas. Witek był trochę zawiedziony, ale nie miał problemu z orzeszkami, które szybko wylądowały w Jego, a nie w Słonia brzuchu;)
Takie sobie wymyślamy "zabawy" ;)
Przy okazji znaleźliśmy piękny liść!

7 listopada 2015

Kolory jesieni

Jesień u nas... Można by ją pokroić jak tort, na kawałki. Przeżyliśmy jesień ciepłą i słoneczną, potem chłodniejszą, deszczową i teraz przyszła jej trzecia odsłona: jesień sina, nawet mroźna, z szronem i posiekanymi przez niego kwiatami...Nasturcje dostały w kość, choć trzymały się i tak, zadziwiająco długo.
Spacery to nasza specjalność.
Taki spacer czyni cuda.
Witek na rowerku przede mną.
Otwarta przestrzeń pól.
Słońce, choć zimno i po chwili marzną nam dłonie...
Witek ma śmieszną czapkę-kominiarkę i wygląda w niej trochę jak rycerz... Prze do przodu, prawie się nie odwraca.
Dopiero na górce woła do mnie: "Alo, mama!" i macha ręką.
Ma już ponad dwa lata i od tego czasu czuję, ze jest mnie o tyle więcej. O jego dwuletnie życie...
Potem przewraca się, woła: "Mama, boli!". Może i boli, ale to chyba ten stary numer. Chodzi o to, żeby przytulić, pożałować, zabrać rowerek. O nie, na to się nie zgadzam. Umowa była taka: "Bierzemy rowerek, jeśli na nim wrócisz; ja go nie chcę nieść." W odpowiedzi słyszę: " Ale mama, ja Dzi!" I zaczyna się- podniebny bieg samolotu: Witek z rozłożonymi rękami biegnie i udaje samolot. Robiliśmy tak latem na tej drodze, pomiędzy polami dojrzewającego zboża. Robimy teraz, gdzie po zbożu ani śladu...A ziemia ma chwilę na odpoczynek.
Po takim biegu nie ma prawa być zimno!
I tylko zapowiedź oglądania "baji" jest w stanie skusić do powrotu do domu.
Wracamy lżejsi i jaśniejsi. Oboje ;)

Ta jesień słoneczna...
Ciągłe wołanie Miau i bieganie za nim... A miau, wiadomo, chowa się, ucieka, i o to co chwilę jest płacz...
Babie lato? Nie wiem, chyba nie było babiego lata. Albo ja je przeoczyłam... Za to była to jesień z liśćmi wchodzącymi do domu. Liśćmi pewnymi, jak armia żołnierzy- żółte, lipowe, zupełnie nieustraszone i zdecydowane w swoich ruchach...
Do tego gruszki, jak bomby lecące z góry,z  najwyższych gałęzi. W pewnym momencie mamy już gruszkowy dywan w całej okolicy pnia.
Witek ładuje te gruszki do bagażnika swojej brumy i przewozi je pod dom. Tam przekłada do wiaderka i pędzi po nową dostawę. Mój pomocnik:)

Teraz podobnie upycha suche liście; pełnymi garściami na taczkę, a potem wywozi je na większą stertę przygotowaną do rozpalenia ogniska... Biega z rumieńcami na twarzy, tak jest oddany temu zajęciu i woła do mnie: "Mama, ja w pracy!" :)

Jesień deszczowa...
Odwiedza nas babcia w butach małej Mi i pani rozgłaskana w kocie. Pani, u której wcześniej ten kot był, więc głaszcze go z sentymentem i sprawdza, "czy poznaje"...Chodzą, oglądają, a Witek wszystko, niczym gospodarz, im pokazuje. To jest tu, to tam. I w kółko. Mówi tyle i tak głośno, że nie słyszymy dokładnie siebie. Tak, to dziecko lubi gości...
Później robimy wianek na drzwi z kwiatów miechunki- żeby było energetycznie i ciepło.
Witek łamie gałązki, zrywa "latarenki", bo tak trochę wyglądają te kwiaty, ale w końcu udaje się coś "zapleść".
W świetlicy, zupełnie nieprzygotowani trafiamy na zabawę Halloween, gdzie wymalowane dzieci witają nas i próbują przestraszyć Witka. Nie muszą się bardzo starać, bo ich przebrania i wymalowane twarze robią wrażenie. W końcu Witek na wszystkich woła "lew" i ucieka (a lwa się boi), trochę zaczepia, potem znowu ucieka...tak w kółko. Jest całkiem zabawnie, ale kiedy gaśnie światło a wydrążone dynie zaczynają straszyć swoimi świeczkowymi oczami- wracamy do domu:)
Tyle pamiętam z tej jesieni...

Jesień mroźna...
Nie jest wcale, aż taka mroźna. Kilka dni nas postraszyło, teraz jest całkiem ciepło. W lesie liście pachną najintensywniej w taką ciepłą, mglistą pogodę. Dzisiaj mieliśmy okazję to sprawdzić. Zobaczymy, co jeszcze się nam przydarzy...






7 października 2015

"Marta mówi"

Marta mówi to tytuł bajki, którą czasem ogląda Wituś...bajka opowiada o psie, który dzięki "literkowej zupie" posiadł umiejętność komunikowania się z ludźmi. Opowiada im swoje przygody, tłumaczy różne psie zwyczaje. w ogóle bierze czynny udział w życiu całego domu i towarzyszy Marcie i jej przyjaciołom...
Kiedy oglądamy tę bajkę, od razu na myśl przychodzi mi inna Marta - nasza mała sąsiadka- urocza ośmiolatka, która kiedy zacznie już mówić, to... długo nie przestaje! I czasami można dowiedzieć się od niej wiele ciekawych, jak i bardzo zaskakujących rzeczy!

Jakiś czas temu byliśmy z Martą na śliwkowym spacerze. Przy polnej drodze, którą na spacer wybrał Witek znalazłyśmy przesłodkie, dojrzałe węgierki. Co za wspaniała uczta! Zabraliśmy też trochę do domu i na drugi dzień zrobiłam z nich knedle. Marta stwierdziła, że nie wie co to jest te "knedle" i nawet nie miałaby ochoty spróbować, bo ona nie ma smaku na takie słodkie:) Uwielbiam te jej szczere wyznania! Innym razem, bardzo poważnie powiedziała mi, że przez Jej mamę przegrzewa jej się mózg... Wtedy zdębiałam, ale szybko wyjaśniła mi, że to dlatego, że ona każe jej cały czas coś zapamiętywać i Marta tak mocno się na tym skupia i tak mocno pilnuje "żeby pamiętać za mamę", że potem sama nie może zapamiętać swoich spraw. Nawet babcia doradziła jej, żeby sobie często robiła "reset mózgu" i zapominała o wszystkim, ale to podobno pomaga tylko na chwilę... Ja poradziłam Jej z kolei, żeby te rzeczy zamiast zapamiętywać, spisywała na kartce, ale od razu mi przerwała, że bardzo nie lubi pisać...I masz tu babo placek;))

Kilka dni temu Marta przyszła do nas ze swoimi koleżankami. Witek był zachwycony nimi, a One nim. Że tak śmiesznie mówi, że tak śmiesznie popisuje się; robi miny, przynosi kamyki, patyki, że niby to takie skarby... Patrzcie go, jaki zgrywus!;)
Koleżanki - bliźniaczki, zupełnie niepodobne do siebie; ta wyglądająca na starszą podobno jest młodsza itd. Same atrakcje, a na podwórku od razu cyrk! Bieganie za kotem, z kotem, przez kota... Ilford- kocie- ratuj się kto może! Na koniec wizyty pieszczoty i głaskanie, w kolejce, na zmianę, na innych kolanach...:)

Moja głowa już październikowa... Ostatnie "ogródkowe" prace, pierwsze konfiturowe zapasy... W garnku lądują: winogrona, pigwa, czarny bez... Witek odkleja naklejki, podpisujemy słoiki. I te "kolory jesieni"- "wściekłego nieba" wieczorową porą, dojrzałych jabłek, późnych malin, dorodnych dyń, rozognionych, śliwkowych i kontrastowych astrów, wyrafinowanych chryzantem...dłoni ubrudzonych świeżymi łupinami orzechów włoskich. Jednym słowem: mniamniu!








28 września 2015

"Mamo, nie ma dzienia!"

...Wituś- uważny obserwator, takie uwagi "rzuca", siedząc mi wieczorem na kolanach. Później oglądamy "Sekrety morza" i On, widać urzeczony całą magiczną oprawą tej opowieści (serio, to "bajka terapeutyczna"- miła dla oka i ucha i tyle w niej nawiązań do świata sztuki i muzyki; odwołań do rożnych symboli; ja często widziałam swoje ulubione mandale...) mówi ściszonym głosem: "Mama, ja tam!", co znaczy, że chciałby teraz tam być; przenieść się do nich, do małej Sirszy tańczącej z fokami w rozświetlonych złotym pyłem morskich głębinach... W jego małych ustach to wyznanie brzmi jak takie dorosłe: "Wow! Ale czad! ;)

Wituś obserwuje, mówi, śmiesznie odmienia wyrazy, jak to "dzienia". Nie sposób zapamiętać wszystkich jego przekręconych słów, ale nauczył się już mówić "proszę" - to u niego znaczy "puti". I coraz częściej z przejęciem i prawie biadoleniem informuje: " O nie, pef! Mama, pa, pa mama, peff!" na przykład dzisiaj, kiedy pijąc ze szklanki wodę wylał ją sobie na brzuch i zmoczył pidżamę. No tak, to jest "pech"...

Teraz śpi i może śni swój sen- skróconą relację z całego dnia. Zabaw z Ilfordem (pisałam, że ciocia z wujkiem mają małego kotka, którego czasami podkarmiamy i z którym lubimy się bawić?), grabienia, kopania, wywożenia wyrwanej trawy i chwastów, układania kamyków...(wszystko na potrzeby powstania tulipanowej rabaty przed domem-wymyśliła mama).
Miły, spokojny, wrześniowy dzień...
Z kawą na progu.
Z rozbieganym Witkiem machającym swoją łopatką na prawo i lewo...
Z poczuciem, że mamy "fajny czas", że jeszcze pogoda pozwala nam na takie prace i zabawy.

Wieczorem, dla mnie i niego, do poduszki muzyka "z morza". Polecam!:)

15 września 2015

Lustrzane odbicie

Często mówi się, że: "dzieci są lustrem swoich rodziców". Przyszło mi to do głowy, kiedy korzystając wieczorem ze swojej "wolnej chwili" usiadłam przed domem, na progu, żeby posłuchać świerszczy (są nadal!) i popatrzeć "w górę" (chmury co jakiś czas odkrywały kolejne kawałki rozgwieżdżonego nieba). Na zewnątrz było całkiem ciepło. Ustał wiatr, deszcz i zimno też się musiało gdzieś zatrzymać... Mogłabym siedzieć w ten sposób bardzo długo, całymi godzinami... Wtedy jeszcze mocniej można zdać sobie sprawę z tego, że tak, jak pojawiamy się na tym świecie zupełnie sami, tak i zupełnie sami jesteśmy do końca. Oczywiście, mamy rodzinę, bliskich, najważniejsze nam osoby, które zawsze o nas pamiętają, wysłuchują, pomagają - są. Ale nie o to chodzi. Wewnętrznie zawsze zdarzy się okazja i taka sytuacja, by odczuć to wyjątkowo mocno- tego rodzaju samotność; "egzystencjalną", życiową?
Dziecko (własne) trochę ją  zmniejsza, bo z nim jest się prawdopodobnie najmocniej i najtrwalej związanym, ale... i tak przychodzi taki moment, kiedy świadomość tej pustki nie do wypełnienia, aż zapiecze...
Tymczasem... Jeśli ja jestem "urodzonym samotnikiem"i prawdopodobnie dopiero na studiach stałam się bardziej towarzyskim człowiekiem, to dlaczego dziwię się mojemu dziecku, które nie lubi "tłumów" ;lubi bawić się sam i często sam się sobą zajmuje. Że potrafi nawet powiedzieć "mama domu", kiedy wyjdę sprawdzić, co porabia... Choć podejrzewam, że tutaj akurat chodzi o to, żebym nie widziała tych rzeczy (jak moczenie rąk po łokcie przy "myju myju" dla "osień bruma"), których wie, że robić nie powinien.
Dlaczego chciałabym żeby był miły i przez wszystkich lubiany? Żeby dawał się głaskać, gilgotać i inaczej "zaczepiać". Czy sama bym tak chciała, podobałoby mi się to? Czy kiedykolwiek spełni oczekiwania "wszystkich"? Nigdy. Tylko i wyłącznie dlatego, że są tak rożne i jest ich tak wiele. Dla jednych może być indywidualistą i introwertykiem, dla drugich mrukiem i ponurakiem, gburem i milczkiem... Po raz kolejny łapię się na tym, aby pamiętać, że jest przede wszystkim "sobą". I wiele cech, które w nim dostrzegam, są mi dobrze znane...

                                                                  ***

Dzisiaj mieliśmy piękny spacer z Witusiem. Dzień, przedpołudnie, w krótkim czasie, z szarego i deszczowego zmieniło się w jasne, słoneczne...Poszliśmy piaszczystą drogą "zbierać na niej kamienie". Po drodze Witek zdecydował, że będzie wdrapywał się po małej piaszczystej skarpie do lasu. Role nam się trochę odwróciły i nagle to on stał się moim przewodnikiem, On był organizatorem tej wycieczki: pokazywał gdzie idziemy, co będziemy robić i entuzjastycznie zachęcał do kopiowania Jego ruchów. Po drodze musieliśmy się porozbierać, bo słońce całkiem się już rozkręciło...Witek zrobił się słaby, zmęczony, spragniony i wszystko inne na raz. Musiałam go nieść, aż do polnej drogi, którą na skróty wróciliśmy do domu. Lubię, kiedy On w połowie drogi, zawsze pyta: "Mama, gdzie dom?", choć tak naprawdę dobrze pamięta, że już się do niego zbliżamy. Albo, gdy wyjeżdżamy gdzieś, mówi ze swojego fotelika w samochodzie: "Papa dom!" Miło się tego słucha.:)

Na samym końcu naszej wycieczki spotkaliśmy małego rudego kotka, który dramatycznie zawodził, schowany gdzieś w trawach. Witek od raz się zmartwił, a kot od razu ucieszył i rozbrykał. Szedł długo przed nami, ale przed wyjściem na główną drogę, zatrzymał się. Witek zawsze bardzo poważnieje w takich sytuacjach. Musiałam mu tłumaczyć, że ten kotek mógł się zgubić, że czeka na niego mamma i że ma dla niego "mniamniu", dlatego nie idzie z nami dalej... Reakcja była natychmiastowa: "Ta... Mama, ja mniamniu, domu". ;)