Właśnie zauważyłam, że ostatni post tutaj figurował na liście z numerem 50. O kurczę, nie powiem, że nie jestem zaskoczona! Powiem, że jestem!;) Nie liczyłam dotąd tych wpisów i wcale bym nie przypuszczała, że tyle się już nazbierało!
To ciekawe, bo ostatnio, zastanawiając się nad sensem i brakiem-sensu w robieniu rożnych rzeczy, przemyśliwałam także pisanie tutaj. Ale szybko mi się przypomniało, jaki był główny cel i zamierzenia tego miejsca. Właściwie nie robię tego tylko dla siebie. Właściwie to przede wszystkim robię to dla innych; tych najbardziej i szczerze zainteresowanych, którzy nawet jeśli w postaci obserwatorów dwóch;) to jednak...są. I wiem, że te wpisy czytają. A tak zupełnie poważnie, to piszę to dla Witka. Bo wierzę, że kiedyś, kiedy to wszystko wydrukuję, post po poście i zgrabnie zbiorę w jakąś blogo-książkę, to On ja z zainteresowaniem przeczyta. O tym, o czym ja nie będę mu w stanie opowiedzieć, bo najzwyczajniej wszystkiego nie zapamiętam.
Życie pisze tyle historii, tyle niesamowitych dialogów, monologów! Kiedy masz aparat pod ręką, łatwo go wyciągnąć i szybko "złapać chwilę", uwiecznić na fotografii; ale kiedy słyszysz jakiś zabawny tekst od swojego dziecka, porównanie, albo wyznanie, typu: "Ja kocham moją mamę" z uwielbieniem na twarzy i miłością w oczach... to zostaje Ci to tylko zapamiętać, kiedy powiedział tak pierwszy raz. Bo jest to niezwykłe, niepowtarzalne i ma swoją wagę, moc i siłę!
Pamięć zaciera niestety obrazy, a co dopiero słowa... i później to wszystko śmieszne, urocze, kochane...ucieka i znika.
Może więc to rodzaj jakiejś obsesji, ale padłam jej ofiarą i stałam się swego rodzaju stróżem! Nie chcę żeby się zatarło, żeby przepadło. I widzę w tym duży sens. Na tyle duży, żeby tu dalej zaglądać.
Kiedy Natalia Przybysz w jakimś wywiadzie wyjaśniła, że słowa "nazywam się niebo" z jej znanej piosenki, o tym samym tytule ( którą nota bene słuchałam w słuchawkach na spacerach, przemierzając leśne i polne drogi z Witkiem w wózku), wymyśliła jej córka, w czasie zabawy , a które ona sobie zapisała i później wykorzystała w tekście piosenki, to tylko mnie utwierdziło w zapisywaniu i moim. Bynajmniej nie dlatego, że mam w planach karierę muzyczną;)
Co takiego, ostatnio powiedział nam Witek?
Na przykład, w czasie jazdy samochodem, nagle zakomunikował:
- "Mamo, ja lubię las. Kocham go!"
Albo dzisiaj:
- "Mama ma imię bambus. Tata jest kjulik, ja jestem lewem, a mama nie-nie" ( czyli słoń...)
No i jak tego nie zapisać? ;)
15 września 2016
31 sierpnia 2016
Jak dobrze nie mieć końca wakacji...
...bo trochę tak jest. Nam lato nie robi "ciach" na ostatnim dniu sierpnia. Możemy sobie pozwolić na płynne przejście we wrzesień, w starym rytmie dnia.
Po wyjeździe wszystkich wakacyjnych, ale "szkolnych" już dzieci, wokół domu zrobiło się pusto i dziwnie nieswojo. Będziemy się musieli do tego przyzwyczaić, choć jak wiadomo, zwłaszcza na początku, jest to rodzaj ciszy z gatunku mało przyjemnych.
Tymczasem, jeszcze wczoraj udało nam się spędzić fantastyczny dzień na puszczaniu latawców. Wybraliśmy się na spacer za naszą część wsi i na drodze do starej stacji kolejowej zaczął się główny pokaz. Cudowne uczucie i piękne widoki; popołudniowa pogoda wspaniale dopisała. Nawłoć wirowała, wstążki latawców też; ciężkie i ciemne chmury próbowały nas dogonić i wciąż deptały po małych piętach, ale słońce było wtedy wyraźnie po naszej stronie- wydłużało cienie i odprowadziło nas później do samego domu.
Dzieci piszczały, plątały sznurki, marudziły, że: "kto poniesie latawiec?", "kto poniesie kijek?", "kto znajdzie babkę na skaleczony przez ostrą trawę palec?", ale to słońce... kolory, latawce w górze, ich zadowolone miny, zapach jabłek w trawie z przydrożnych jabłonek...to wszystko pisało się na lato magiczne, lato jak z bajki, a raczej powieści dla dzieci; z klimatem ze starych filmów, w stylu "Wakacje z duchami". Trudno się było nie zapomnieć i nie wsiąknąć na chwilę w ten mikrokosmos spraw, pomysłów, zabaw i radości dziecięcych. Świat widziany i odbierany z ich perspektywy. I przypomnieć sobie, jak to było, kiedy się samemu miało tyle lat. Czy podobnie?
Witek coraz rzadziej chętny do pozowania, więc niewiele zrobiłam zdjęć. Ale te, które są dobrze oddają atmosferę tamtego czasu. Zimą trudno będzie uwierzyć, że to wszystko miało miejsce! Czasem dobrze jest i w ten sposób zanurzyć się w lato. Zapamiętane na zdjęciach smakuje sentymentalnie, ale przywołuje dobre chwile, a tych nigdy za wiele!
Po wyjeździe wszystkich wakacyjnych, ale "szkolnych" już dzieci, wokół domu zrobiło się pusto i dziwnie nieswojo. Będziemy się musieli do tego przyzwyczaić, choć jak wiadomo, zwłaszcza na początku, jest to rodzaj ciszy z gatunku mało przyjemnych.
Tymczasem, jeszcze wczoraj udało nam się spędzić fantastyczny dzień na puszczaniu latawców. Wybraliśmy się na spacer za naszą część wsi i na drodze do starej stacji kolejowej zaczął się główny pokaz. Cudowne uczucie i piękne widoki; popołudniowa pogoda wspaniale dopisała. Nawłoć wirowała, wstążki latawców też; ciężkie i ciemne chmury próbowały nas dogonić i wciąż deptały po małych piętach, ale słońce było wtedy wyraźnie po naszej stronie- wydłużało cienie i odprowadziło nas później do samego domu.
Dzieci piszczały, plątały sznurki, marudziły, że: "kto poniesie latawiec?", "kto poniesie kijek?", "kto znajdzie babkę na skaleczony przez ostrą trawę palec?", ale to słońce... kolory, latawce w górze, ich zadowolone miny, zapach jabłek w trawie z przydrożnych jabłonek...to wszystko pisało się na lato magiczne, lato jak z bajki, a raczej powieści dla dzieci; z klimatem ze starych filmów, w stylu "Wakacje z duchami". Trudno się było nie zapomnieć i nie wsiąknąć na chwilę w ten mikrokosmos spraw, pomysłów, zabaw i radości dziecięcych. Świat widziany i odbierany z ich perspektywy. I przypomnieć sobie, jak to było, kiedy się samemu miało tyle lat. Czy podobnie?
Witek coraz rzadziej chętny do pozowania, więc niewiele zrobiłam zdjęć. Ale te, które są dobrze oddają atmosferę tamtego czasu. Zimą trudno będzie uwierzyć, że to wszystko miało miejsce! Czasem dobrze jest i w ten sposób zanurzyć się w lato. Zapamiętane na zdjęciach smakuje sentymentalnie, ale przywołuje dobre chwile, a tych nigdy za wiele!
22 sierpnia 2016
Pierwsze książki...z biblioteki!
Tak, to nie żarty. Byliśmy dzisiaj w naszej małej wiejskiej bibliotece, spontanicznie, przy okazji, bez żadnego planu, po drodze i na koniec spaceru..., gdzie Pani założyła Witkowi jego własną kartę.
Wybraliśmy 4 książeczki, a właściwie to mały czytelnik je wybrał, bo na większość moich propozycji kręcił nosem i widziałam już, że zaczyna się scena pt. "ja sam". No to niech wybiera...
Jestem przeszczęśliwa nie tylko dlatego, że to "już" i "stało się", bo jakby nie było to zapowiedź pewnego okresu i swego rodzaju wtajemniczenia; poza całą organizacyjną otoczką- wejścia w inny świat, poznanie świata książek...bardzo bezpiecznego i wiernego. Jak mało co pewnego...
Najbardziej cieszy mnie to, że Witek polubił zasypianie przy książce; czyli ja czytam mu wybraną książeczkę, on słucha i po kilku minutach zapada w tak głęboki sen, że jest to dla mnie, przyzwyczajonej raczej do jego późnego zasypiania, jakimś ewenementem i wydarzeniem na skalę!
Nachylam się nad nim z niedowierzaniem i sprawdzam "czy aby na pewno"? ;))
Ale jest, śpi:)
Wybraliśmy 4 książeczki, a właściwie to mały czytelnik je wybrał, bo na większość moich propozycji kręcił nosem i widziałam już, że zaczyna się scena pt. "ja sam". No to niech wybiera...
Jestem przeszczęśliwa nie tylko dlatego, że to "już" i "stało się", bo jakby nie było to zapowiedź pewnego okresu i swego rodzaju wtajemniczenia; poza całą organizacyjną otoczką- wejścia w inny świat, poznanie świata książek...bardzo bezpiecznego i wiernego. Jak mało co pewnego...
Najbardziej cieszy mnie to, że Witek polubił zasypianie przy książce; czyli ja czytam mu wybraną książeczkę, on słucha i po kilku minutach zapada w tak głęboki sen, że jest to dla mnie, przyzwyczajonej raczej do jego późnego zasypiania, jakimś ewenementem i wydarzeniem na skalę!
Nachylam się nad nim z niedowierzaniem i sprawdzam "czy aby na pewno"? ;))
Ale jest, śpi:)
21 sierpnia 2016
Magicznie, muzycznie...
Chciałabym wiedzieć, co zapisuje się w takiej małej głowie... Jakie obrazy, jakie wrażenia; czy mając 3 lata można przeżyć coś tak głęboko, żeby zostało w człowieku na później i miało później wpływ na inne rzeczy, doznania, wybory itd. Zwłaszcza jeśli są to pozytywne doznania. W jaki sposób na przykład kształtuje krajobraz, przestrzeń, pierwszy raz widziane góry? Widoki rozległe po horyzont?
Góry to jedno... Wspaniały czas, zero zmęczenia, zaciekawienie i radość, które u dzieci jeszcze więcej znaczą i większy mają urok...
A co z muzyką?
Kiedy nagle ze znanej przestrzeni wyłania się coś tak innego i nieznanego jak wielki instrument, prawdziwy, niezwykły, żywy... Wiolonczela.
A człowiek, który potrafi pięknie na nim grać, staje na przeciwko i gra tylko dla ciebie. Za nim szumią-tańczą stare dęby, w dole płynie rzeka, bo wszystko odbywa się w wyjątkowym miejscu, za miastem....
Wcześniej pan pozwala dotknąć strun, smyczka... Uśmiecha się, wyciąga nóżkę, ustawia wiolonczelę, a ona otoczona trawami zaczyna czarować i wprowadza nas w całkiem nieznany świat i od razu ma się wrażenie, że właśnie dzieje się coś wyjątkowego i ważnego... Ciarki na plecach...
Wituś bardzo zadowolony. Przez chwilę tańczy na drodze, unosi się kurz. Potem znalezionym patykiem robi „pisiu”, rysuje dom i si ( wąż); dla niego być może to kolejna atrakcja, ale mam wrażenie, że na tym się nie skończy.
Ślad zostaje nawet na piasku, a co dopiero...
Góry to jedno... Wspaniały czas, zero zmęczenia, zaciekawienie i radość, które u dzieci jeszcze więcej znaczą i większy mają urok...
A co z muzyką?
Kiedy nagle ze znanej przestrzeni wyłania się coś tak innego i nieznanego jak wielki instrument, prawdziwy, niezwykły, żywy... Wiolonczela.
A człowiek, który potrafi pięknie na nim grać, staje na przeciwko i gra tylko dla ciebie. Za nim szumią-tańczą stare dęby, w dole płynie rzeka, bo wszystko odbywa się w wyjątkowym miejscu, za miastem....
Wcześniej pan pozwala dotknąć strun, smyczka... Uśmiecha się, wyciąga nóżkę, ustawia wiolonczelę, a ona otoczona trawami zaczyna czarować i wprowadza nas w całkiem nieznany świat i od razu ma się wrażenie, że właśnie dzieje się coś wyjątkowego i ważnego... Ciarki na plecach...
Wituś bardzo zadowolony. Przez chwilę tańczy na drodze, unosi się kurz. Potem znalezionym patykiem robi „pisiu”, rysuje dom i si ( wąż); dla niego być może to kolejna atrakcja, ale mam wrażenie, że na tym się nie skończy.
Ślad zostaje nawet na piasku, a co dopiero...
19 sierpnia 2016
Latawce, dmuchawce, wiatr....
Dzisiaj odwiedziła nas Marta...Tak, ta sama która pojawiła się już w poprzednich postach. Przyszła zobaczyć się z Witkiem, ale nie przyszła sama. Przyniosła swój prezent od Babci znad morza- latawiec z "angry birds" za 9,90 zł , co sama dodała w odpowiedzi na pytanie, skąd go ma ;) Uspokoiła mnie też, że gdybym chciała kupić podobny dla Witusia, to na pewno znajdę, bo ona widziała już takie wcześniej i przeważnie są "same chłopakowe wzory". Sama, biedna, musiała wybrać jakiś w miarę uniwersalny dla siebie... Stanęło na ptakach;)
Latawiec- prosta konstrukcja, za to szczęścia daje co nie miara. O tym przekonaliśmy się w chwilę później.
Wituś też miał latawiec- prezent z urodzin, i dawał on nawet radę, ale jak zauważyła Marta, taki to jest typowy do wiatru, a jej potrafi latać nawet, kiedy wiatru nie ma... Trochę w tym było racji; cała przewaga brała się z innego kształtu - szerokich skrzydeł... Witkowy był podłużny i wąski, więc nie wzbijał się tak szybko, mimo, że trochę się o to starałam, biegnąc zaangażowana przed siebie i sprawdzając co chwilę efekty tego wysiłku...
Tak, czy inaczej mieliśmy uroczy wieczór. Mimo, iż sierpień nie rozpieszcza nas ciepłem, latawiec wymusił małą rozgrzewkę, a zachód słońca w ciepłych pomarańczach ocieplił nam powrót do domu.
Było prawie jak u Kubusia Puchatka;)
Latawiec- prosta konstrukcja, za to szczęścia daje co nie miara. O tym przekonaliśmy się w chwilę później.
Wituś też miał latawiec- prezent z urodzin, i dawał on nawet radę, ale jak zauważyła Marta, taki to jest typowy do wiatru, a jej potrafi latać nawet, kiedy wiatru nie ma... Trochę w tym było racji; cała przewaga brała się z innego kształtu - szerokich skrzydeł... Witkowy był podłużny i wąski, więc nie wzbijał się tak szybko, mimo, że trochę się o to starałam, biegnąc zaangażowana przed siebie i sprawdzając co chwilę efekty tego wysiłku...
Tak, czy inaczej mieliśmy uroczy wieczór. Mimo, iż sierpień nie rozpieszcza nas ciepłem, latawiec wymusił małą rozgrzewkę, a zachód słońca w ciepłych pomarańczach ocieplił nam powrót do domu.
Było prawie jak u Kubusia Puchatka;)
25 maja 2016
Kos w ogrodzie, skowronek nad nami
Maj. A u nas tyle się dzieje. W maju zawsze się dzieje; ten nagły wybuch i ożywienie w świecie przyrody przekłada się i na nasz zapał i energię, chociażby do pracy w ogrodzie. A jest tam co robić, bo ogród dopiero powstaje, budzi się, nabiera kształtów i jakiejś niezbyt rygorystycznej, ale jednak formy...
Obserwujemy ptaki, ptaków jest tu sporo; te szukające nasion między ścieżkami w ogródku warzywnym, i te nad nami, które na spacerach, na polnej drodze, dają prawdziwe popisy swoich wokalnych możliwości!
Witek jest mistrzem podlewania i wrzucania kamieni wszystkich rozmiarów do wiader z wodą. On je wrzuca, ja wyciągam... Siejemy razem kwiaty i warzywa, on znowu wrzuca... nasionka. To jego ulubione zajęcia i widać, że sprawiają mu przyjemność, bo nigdy nie muszę go za długo namawiać do takich prac.
Dzisiaj zostaliśmy w domu. Pogoda popsuła się, było chłodniej, padał deszcz. Witek nie w humorze, nie chciało mu się nawet iść na "hopa" (trampolina) poskakać ( "mamusiu, ja koki").
Po tym, jak mi rano sam oświadczył, że jest "choly" (faktycznie ma katar), zapytałam:
-Wycierasz nosek?
-Taa...
- Na pewno?- słyszę, że mu tam wszystko bulgocze.
- Nie.
To był trudny dzień...
Poza tym Witek był "gapą", jak sam o sobie mówi, bo wychodząc spod stołu, gdzie zrobił "ciecium dom dla pisiów" (duży dom dla misiów) nabił sobie guza, czyli "luza"...
Dopiero po południu spodobała mu się zabawa z Diniem- dmuchanym zielonym smokiem, którego później zaprosił także do kąpieli ("Mamusiu, ja i Dinio, myju, telaz") i chociaż Dinio zajął mu połowę miejsca w wannie, zabawa była przednia. Smok był myty i spryskiwany wodą z butelek i psikawki. Radość i kupa śmiechu plus popisy przed smokiem-Diniem-kompanem. Podłoga cała w wodzie...
A jeśli ktoś się zastanawia, co może robić mama po kąpieli swojego dziecka, to poza rutynowymi czynnościami, takimi organizacyjno-porządkowymi, może ona też wycierać niejakiego zielonego Dinia, gdyż jej synek zapragnął dziś z nim zasnąć... Dinio zdecydowanie ma swój dzień!
Obserwujemy ptaki, ptaków jest tu sporo; te szukające nasion między ścieżkami w ogródku warzywnym, i te nad nami, które na spacerach, na polnej drodze, dają prawdziwe popisy swoich wokalnych możliwości!
Witek jest mistrzem podlewania i wrzucania kamieni wszystkich rozmiarów do wiader z wodą. On je wrzuca, ja wyciągam... Siejemy razem kwiaty i warzywa, on znowu wrzuca... nasionka. To jego ulubione zajęcia i widać, że sprawiają mu przyjemność, bo nigdy nie muszę go za długo namawiać do takich prac.
Dzisiaj zostaliśmy w domu. Pogoda popsuła się, było chłodniej, padał deszcz. Witek nie w humorze, nie chciało mu się nawet iść na "hopa" (trampolina) poskakać ( "mamusiu, ja koki").
Po tym, jak mi rano sam oświadczył, że jest "choly" (faktycznie ma katar), zapytałam:
-Wycierasz nosek?
-Taa...
- Na pewno?- słyszę, że mu tam wszystko bulgocze.
- Nie.
To był trudny dzień...
Poza tym Witek był "gapą", jak sam o sobie mówi, bo wychodząc spod stołu, gdzie zrobił "ciecium dom dla pisiów" (duży dom dla misiów) nabił sobie guza, czyli "luza"...
Dopiero po południu spodobała mu się zabawa z Diniem- dmuchanym zielonym smokiem, którego później zaprosił także do kąpieli ("Mamusiu, ja i Dinio, myju, telaz") i chociaż Dinio zajął mu połowę miejsca w wannie, zabawa była przednia. Smok był myty i spryskiwany wodą z butelek i psikawki. Radość i kupa śmiechu plus popisy przed smokiem-Diniem-kompanem. Podłoga cała w wodzie...
A jeśli ktoś się zastanawia, co może robić mama po kąpieli swojego dziecka, to poza rutynowymi czynnościami, takimi organizacyjno-porządkowymi, może ona też wycierać niejakiego zielonego Dinia, gdyż jej synek zapragnął dziś z nim zasnąć... Dinio zdecydowanie ma swój dzień!
25 listopada 2015
Szukamy "Nie-nie"
Nie-nie lubi orzeszki:) Wituś też lubi orzeszki. Lubi Nie-nie, Kota i Konia. Kiedy wstaje rano, od razu za nie łapie i mówi triumfalnie: Kot i Koń (oba pluszaki), jakby ciesząc się, że są obok i nie musi ich szukać!;) Swego czasu taką pozycję zajmował Nie-nie (gumowy Słoń), ale ten jest duży i ciężki, więc nawet Witek odpuścił, bo niewygodnie się z nim śpi;)
Słonia Nie-nie (to od dźwięku, jaki wydaje swoją trąbą "nieee-nieee!") szukaliśmy w lesie. Chcieliśmy go nakarmić orzeszkami, którymi Witek wypchał swoje kieszenie w kurtce. Krzyczeliśmy, wołaliśmy, zachęcaliśmy, ale Nie-nie najwyraźniej poszedł na spacer, bo nie pojawił się u nas. Witek był trochę zawiedziony, ale nie miał problemu z orzeszkami, które szybko wylądowały w Jego, a nie w Słonia brzuchu;)
Takie sobie wymyślamy "zabawy" ;)
Słonia Nie-nie (to od dźwięku, jaki wydaje swoją trąbą "nieee-nieee!") szukaliśmy w lesie. Chcieliśmy go nakarmić orzeszkami, którymi Witek wypchał swoje kieszenie w kurtce. Krzyczeliśmy, wołaliśmy, zachęcaliśmy, ale Nie-nie najwyraźniej poszedł na spacer, bo nie pojawił się u nas. Witek był trochę zawiedziony, ale nie miał problemu z orzeszkami, które szybko wylądowały w Jego, a nie w Słonia brzuchu;)
Takie sobie wymyślamy "zabawy" ;)
| Przy okazji znaleźliśmy piękny liść! |
Subskrybuj:
Posty (Atom)
