Tak, to nie żarty. Byliśmy dzisiaj w naszej małej wiejskiej bibliotece, spontanicznie, przy okazji, bez żadnego planu, po drodze i na koniec spaceru..., gdzie Pani założyła Witkowi jego własną kartę.
Wybraliśmy 4 książeczki, a właściwie to mały czytelnik je wybrał, bo na większość moich propozycji kręcił nosem i widziałam już, że zaczyna się scena pt. "ja sam". No to niech wybiera...
Jestem przeszczęśliwa nie tylko dlatego, że to "już" i "stało się", bo jakby nie było to zapowiedź pewnego okresu i swego rodzaju wtajemniczenia; poza całą organizacyjną otoczką- wejścia w inny świat, poznanie świata książek...bardzo bezpiecznego i wiernego. Jak mało co pewnego...
Najbardziej cieszy mnie to, że Witek polubił zasypianie przy książce; czyli ja czytam mu wybraną książeczkę, on słucha i po kilku minutach zapada w tak głęboki sen, że jest to dla mnie, przyzwyczajonej raczej do jego późnego zasypiania, jakimś ewenementem i wydarzeniem na skalę!
Nachylam się nad nim z niedowierzaniem i sprawdzam "czy aby na pewno"? ;))
Ale jest, śpi:)
22 sierpnia 2016
21 sierpnia 2016
Magicznie, muzycznie...
Chciałabym wiedzieć, co zapisuje się w takiej małej głowie... Jakie obrazy, jakie wrażenia; czy mając 3 lata można przeżyć coś tak głęboko, żeby zostało w człowieku na później i miało później wpływ na inne rzeczy, doznania, wybory itd. Zwłaszcza jeśli są to pozytywne doznania. W jaki sposób na przykład kształtuje krajobraz, przestrzeń, pierwszy raz widziane góry? Widoki rozległe po horyzont?
Góry to jedno... Wspaniały czas, zero zmęczenia, zaciekawienie i radość, które u dzieci jeszcze więcej znaczą i większy mają urok...
A co z muzyką?
Kiedy nagle ze znanej przestrzeni wyłania się coś tak innego i nieznanego jak wielki instrument, prawdziwy, niezwykły, żywy... Wiolonczela.
A człowiek, który potrafi pięknie na nim grać, staje na przeciwko i gra tylko dla ciebie. Za nim szumią-tańczą stare dęby, w dole płynie rzeka, bo wszystko odbywa się w wyjątkowym miejscu, za miastem....
Wcześniej pan pozwala dotknąć strun, smyczka... Uśmiecha się, wyciąga nóżkę, ustawia wiolonczelę, a ona otoczona trawami zaczyna czarować i wprowadza nas w całkiem nieznany świat i od razu ma się wrażenie, że właśnie dzieje się coś wyjątkowego i ważnego... Ciarki na plecach...
Wituś bardzo zadowolony. Przez chwilę tańczy na drodze, unosi się kurz. Potem znalezionym patykiem robi „pisiu”, rysuje dom i si ( wąż); dla niego być może to kolejna atrakcja, ale mam wrażenie, że na tym się nie skończy.
Ślad zostaje nawet na piasku, a co dopiero...
Góry to jedno... Wspaniały czas, zero zmęczenia, zaciekawienie i radość, które u dzieci jeszcze więcej znaczą i większy mają urok...
A co z muzyką?
Kiedy nagle ze znanej przestrzeni wyłania się coś tak innego i nieznanego jak wielki instrument, prawdziwy, niezwykły, żywy... Wiolonczela.
A człowiek, który potrafi pięknie na nim grać, staje na przeciwko i gra tylko dla ciebie. Za nim szumią-tańczą stare dęby, w dole płynie rzeka, bo wszystko odbywa się w wyjątkowym miejscu, za miastem....
Wcześniej pan pozwala dotknąć strun, smyczka... Uśmiecha się, wyciąga nóżkę, ustawia wiolonczelę, a ona otoczona trawami zaczyna czarować i wprowadza nas w całkiem nieznany świat i od razu ma się wrażenie, że właśnie dzieje się coś wyjątkowego i ważnego... Ciarki na plecach...
Wituś bardzo zadowolony. Przez chwilę tańczy na drodze, unosi się kurz. Potem znalezionym patykiem robi „pisiu”, rysuje dom i si ( wąż); dla niego być może to kolejna atrakcja, ale mam wrażenie, że na tym się nie skończy.
Ślad zostaje nawet na piasku, a co dopiero...
19 sierpnia 2016
Latawce, dmuchawce, wiatr....
Dzisiaj odwiedziła nas Marta...Tak, ta sama która pojawiła się już w poprzednich postach. Przyszła zobaczyć się z Witkiem, ale nie przyszła sama. Przyniosła swój prezent od Babci znad morza- latawiec z "angry birds" za 9,90 zł , co sama dodała w odpowiedzi na pytanie, skąd go ma ;) Uspokoiła mnie też, że gdybym chciała kupić podobny dla Witusia, to na pewno znajdę, bo ona widziała już takie wcześniej i przeważnie są "same chłopakowe wzory". Sama, biedna, musiała wybrać jakiś w miarę uniwersalny dla siebie... Stanęło na ptakach;)
Latawiec- prosta konstrukcja, za to szczęścia daje co nie miara. O tym przekonaliśmy się w chwilę później.
Wituś też miał latawiec- prezent z urodzin, i dawał on nawet radę, ale jak zauważyła Marta, taki to jest typowy do wiatru, a jej potrafi latać nawet, kiedy wiatru nie ma... Trochę w tym było racji; cała przewaga brała się z innego kształtu - szerokich skrzydeł... Witkowy był podłużny i wąski, więc nie wzbijał się tak szybko, mimo, że trochę się o to starałam, biegnąc zaangażowana przed siebie i sprawdzając co chwilę efekty tego wysiłku...
Tak, czy inaczej mieliśmy uroczy wieczór. Mimo, iż sierpień nie rozpieszcza nas ciepłem, latawiec wymusił małą rozgrzewkę, a zachód słońca w ciepłych pomarańczach ocieplił nam powrót do domu.
Było prawie jak u Kubusia Puchatka;)
Latawiec- prosta konstrukcja, za to szczęścia daje co nie miara. O tym przekonaliśmy się w chwilę później.
Wituś też miał latawiec- prezent z urodzin, i dawał on nawet radę, ale jak zauważyła Marta, taki to jest typowy do wiatru, a jej potrafi latać nawet, kiedy wiatru nie ma... Trochę w tym było racji; cała przewaga brała się z innego kształtu - szerokich skrzydeł... Witkowy był podłużny i wąski, więc nie wzbijał się tak szybko, mimo, że trochę się o to starałam, biegnąc zaangażowana przed siebie i sprawdzając co chwilę efekty tego wysiłku...
Tak, czy inaczej mieliśmy uroczy wieczór. Mimo, iż sierpień nie rozpieszcza nas ciepłem, latawiec wymusił małą rozgrzewkę, a zachód słońca w ciepłych pomarańczach ocieplił nam powrót do domu.
Było prawie jak u Kubusia Puchatka;)
25 maja 2016
Kos w ogrodzie, skowronek nad nami
Maj. A u nas tyle się dzieje. W maju zawsze się dzieje; ten nagły wybuch i ożywienie w świecie przyrody przekłada się i na nasz zapał i energię, chociażby do pracy w ogrodzie. A jest tam co robić, bo ogród dopiero powstaje, budzi się, nabiera kształtów i jakiejś niezbyt rygorystycznej, ale jednak formy...
Obserwujemy ptaki, ptaków jest tu sporo; te szukające nasion między ścieżkami w ogródku warzywnym, i te nad nami, które na spacerach, na polnej drodze, dają prawdziwe popisy swoich wokalnych możliwości!
Witek jest mistrzem podlewania i wrzucania kamieni wszystkich rozmiarów do wiader z wodą. On je wrzuca, ja wyciągam... Siejemy razem kwiaty i warzywa, on znowu wrzuca... nasionka. To jego ulubione zajęcia i widać, że sprawiają mu przyjemność, bo nigdy nie muszę go za długo namawiać do takich prac.
Dzisiaj zostaliśmy w domu. Pogoda popsuła się, było chłodniej, padał deszcz. Witek nie w humorze, nie chciało mu się nawet iść na "hopa" (trampolina) poskakać ( "mamusiu, ja koki").
Po tym, jak mi rano sam oświadczył, że jest "choly" (faktycznie ma katar), zapytałam:
-Wycierasz nosek?
-Taa...
- Na pewno?- słyszę, że mu tam wszystko bulgocze.
- Nie.
To był trudny dzień...
Poza tym Witek był "gapą", jak sam o sobie mówi, bo wychodząc spod stołu, gdzie zrobił "ciecium dom dla pisiów" (duży dom dla misiów) nabił sobie guza, czyli "luza"...
Dopiero po południu spodobała mu się zabawa z Diniem- dmuchanym zielonym smokiem, którego później zaprosił także do kąpieli ("Mamusiu, ja i Dinio, myju, telaz") i chociaż Dinio zajął mu połowę miejsca w wannie, zabawa była przednia. Smok był myty i spryskiwany wodą z butelek i psikawki. Radość i kupa śmiechu plus popisy przed smokiem-Diniem-kompanem. Podłoga cała w wodzie...
A jeśli ktoś się zastanawia, co może robić mama po kąpieli swojego dziecka, to poza rutynowymi czynnościami, takimi organizacyjno-porządkowymi, może ona też wycierać niejakiego zielonego Dinia, gdyż jej synek zapragnął dziś z nim zasnąć... Dinio zdecydowanie ma swój dzień!
Obserwujemy ptaki, ptaków jest tu sporo; te szukające nasion między ścieżkami w ogródku warzywnym, i te nad nami, które na spacerach, na polnej drodze, dają prawdziwe popisy swoich wokalnych możliwości!
Witek jest mistrzem podlewania i wrzucania kamieni wszystkich rozmiarów do wiader z wodą. On je wrzuca, ja wyciągam... Siejemy razem kwiaty i warzywa, on znowu wrzuca... nasionka. To jego ulubione zajęcia i widać, że sprawiają mu przyjemność, bo nigdy nie muszę go za długo namawiać do takich prac.
Dzisiaj zostaliśmy w domu. Pogoda popsuła się, było chłodniej, padał deszcz. Witek nie w humorze, nie chciało mu się nawet iść na "hopa" (trampolina) poskakać ( "mamusiu, ja koki").
Po tym, jak mi rano sam oświadczył, że jest "choly" (faktycznie ma katar), zapytałam:
-Wycierasz nosek?
-Taa...
- Na pewno?- słyszę, że mu tam wszystko bulgocze.
- Nie.
To był trudny dzień...
Poza tym Witek był "gapą", jak sam o sobie mówi, bo wychodząc spod stołu, gdzie zrobił "ciecium dom dla pisiów" (duży dom dla misiów) nabił sobie guza, czyli "luza"...
Dopiero po południu spodobała mu się zabawa z Diniem- dmuchanym zielonym smokiem, którego później zaprosił także do kąpieli ("Mamusiu, ja i Dinio, myju, telaz") i chociaż Dinio zajął mu połowę miejsca w wannie, zabawa była przednia. Smok był myty i spryskiwany wodą z butelek i psikawki. Radość i kupa śmiechu plus popisy przed smokiem-Diniem-kompanem. Podłoga cała w wodzie...
A jeśli ktoś się zastanawia, co może robić mama po kąpieli swojego dziecka, to poza rutynowymi czynnościami, takimi organizacyjno-porządkowymi, może ona też wycierać niejakiego zielonego Dinia, gdyż jej synek zapragnął dziś z nim zasnąć... Dinio zdecydowanie ma swój dzień!
25 listopada 2015
Szukamy "Nie-nie"
Nie-nie lubi orzeszki:) Wituś też lubi orzeszki. Lubi Nie-nie, Kota i Konia. Kiedy wstaje rano, od razu za nie łapie i mówi triumfalnie: Kot i Koń (oba pluszaki), jakby ciesząc się, że są obok i nie musi ich szukać!;) Swego czasu taką pozycję zajmował Nie-nie (gumowy Słoń), ale ten jest duży i ciężki, więc nawet Witek odpuścił, bo niewygodnie się z nim śpi;)
Słonia Nie-nie (to od dźwięku, jaki wydaje swoją trąbą "nieee-nieee!") szukaliśmy w lesie. Chcieliśmy go nakarmić orzeszkami, którymi Witek wypchał swoje kieszenie w kurtce. Krzyczeliśmy, wołaliśmy, zachęcaliśmy, ale Nie-nie najwyraźniej poszedł na spacer, bo nie pojawił się u nas. Witek był trochę zawiedziony, ale nie miał problemu z orzeszkami, które szybko wylądowały w Jego, a nie w Słonia brzuchu;)
Takie sobie wymyślamy "zabawy" ;)
Słonia Nie-nie (to od dźwięku, jaki wydaje swoją trąbą "nieee-nieee!") szukaliśmy w lesie. Chcieliśmy go nakarmić orzeszkami, którymi Witek wypchał swoje kieszenie w kurtce. Krzyczeliśmy, wołaliśmy, zachęcaliśmy, ale Nie-nie najwyraźniej poszedł na spacer, bo nie pojawił się u nas. Witek był trochę zawiedziony, ale nie miał problemu z orzeszkami, które szybko wylądowały w Jego, a nie w Słonia brzuchu;)
Takie sobie wymyślamy "zabawy" ;)
| Przy okazji znaleźliśmy piękny liść! |
7 listopada 2015
Kolory jesieni
Jesień u nas... Można by ją pokroić jak tort, na kawałki. Przeżyliśmy jesień ciepłą i słoneczną, potem chłodniejszą, deszczową i teraz przyszła jej trzecia odsłona: jesień sina, nawet mroźna, z szronem i posiekanymi przez niego kwiatami...Nasturcje dostały w kość, choć trzymały się i tak, zadziwiająco długo.
Spacery to nasza specjalność.
Taki spacer czyni cuda.
Witek na rowerku przede mną.
Otwarta przestrzeń pól.
Słońce, choć zimno i po chwili marzną nam dłonie...
Witek ma śmieszną czapkę-kominiarkę i wygląda w niej trochę jak rycerz... Prze do przodu, prawie się nie odwraca.
Dopiero na górce woła do mnie: "Alo, mama!" i macha ręką.
Ma już ponad dwa lata i od tego czasu czuję, ze jest mnie o tyle więcej. O jego dwuletnie życie...
Potem przewraca się, woła: "Mama, boli!". Może i boli, ale to chyba ten stary numer. Chodzi o to, żeby przytulić, pożałować, zabrać rowerek. O nie, na to się nie zgadzam. Umowa była taka: "Bierzemy rowerek, jeśli na nim wrócisz; ja go nie chcę nieść." W odpowiedzi słyszę: " Ale mama, ja Dzi!" I zaczyna się- podniebny bieg samolotu: Witek z rozłożonymi rękami biegnie i udaje samolot. Robiliśmy tak latem na tej drodze, pomiędzy polami dojrzewającego zboża. Robimy teraz, gdzie po zbożu ani śladu...A ziemia ma chwilę na odpoczynek.
Po takim biegu nie ma prawa być zimno!
I tylko zapowiedź oglądania "baji" jest w stanie skusić do powrotu do domu.
Wracamy lżejsi i jaśniejsi. Oboje ;)
Ta jesień słoneczna...
Ciągłe wołanie Miau i bieganie za nim... A miau, wiadomo, chowa się, ucieka, i o to co chwilę jest płacz...
Babie lato? Nie wiem, chyba nie było babiego lata. Albo ja je przeoczyłam... Za to była to jesień z liśćmi wchodzącymi do domu. Liśćmi pewnymi, jak armia żołnierzy- żółte, lipowe, zupełnie nieustraszone i zdecydowane w swoich ruchach...
Do tego gruszki, jak bomby lecące z góry,z najwyższych gałęzi. W pewnym momencie mamy już gruszkowy dywan w całej okolicy pnia.
Witek ładuje te gruszki do bagażnika swojej brumy i przewozi je pod dom. Tam przekłada do wiaderka i pędzi po nową dostawę. Mój pomocnik:)
Teraz podobnie upycha suche liście; pełnymi garściami na taczkę, a potem wywozi je na większą stertę przygotowaną do rozpalenia ogniska... Biega z rumieńcami na twarzy, tak jest oddany temu zajęciu i woła do mnie: "Mama, ja w pracy!" :)
Jesień deszczowa...
Odwiedza nas babcia w butach małej Mi i pani rozgłaskana w kocie. Pani, u której wcześniej ten kot był, więc głaszcze go z sentymentem i sprawdza, "czy poznaje"...Chodzą, oglądają, a Witek wszystko, niczym gospodarz, im pokazuje. To jest tu, to tam. I w kółko. Mówi tyle i tak głośno, że nie słyszymy dokładnie siebie. Tak, to dziecko lubi gości...
Później robimy wianek na drzwi z kwiatów miechunki- żeby było energetycznie i ciepło.
Witek łamie gałązki, zrywa "latarenki", bo tak trochę wyglądają te kwiaty, ale w końcu udaje się coś "zapleść".
W świetlicy, zupełnie nieprzygotowani trafiamy na zabawę Halloween, gdzie wymalowane dzieci witają nas i próbują przestraszyć Witka. Nie muszą się bardzo starać, bo ich przebrania i wymalowane twarze robią wrażenie. W końcu Witek na wszystkich woła "lew" i ucieka (a lwa się boi), trochę zaczepia, potem znowu ucieka...tak w kółko. Jest całkiem zabawnie, ale kiedy gaśnie światło a wydrążone dynie zaczynają straszyć swoimi świeczkowymi oczami- wracamy do domu:)
Tyle pamiętam z tej jesieni...
Jesień mroźna...
Nie jest wcale, aż taka mroźna. Kilka dni nas postraszyło, teraz jest całkiem ciepło. W lesie liście pachną najintensywniej w taką ciepłą, mglistą pogodę. Dzisiaj mieliśmy okazję to sprawdzić. Zobaczymy, co jeszcze się nam przydarzy...
Spacery to nasza specjalność.
Taki spacer czyni cuda.
Witek na rowerku przede mną.
Otwarta przestrzeń pól.
Słońce, choć zimno i po chwili marzną nam dłonie...
Witek ma śmieszną czapkę-kominiarkę i wygląda w niej trochę jak rycerz... Prze do przodu, prawie się nie odwraca.
Dopiero na górce woła do mnie: "Alo, mama!" i macha ręką.
Ma już ponad dwa lata i od tego czasu czuję, ze jest mnie o tyle więcej. O jego dwuletnie życie...
Potem przewraca się, woła: "Mama, boli!". Może i boli, ale to chyba ten stary numer. Chodzi o to, żeby przytulić, pożałować, zabrać rowerek. O nie, na to się nie zgadzam. Umowa była taka: "Bierzemy rowerek, jeśli na nim wrócisz; ja go nie chcę nieść." W odpowiedzi słyszę: " Ale mama, ja Dzi!" I zaczyna się- podniebny bieg samolotu: Witek z rozłożonymi rękami biegnie i udaje samolot. Robiliśmy tak latem na tej drodze, pomiędzy polami dojrzewającego zboża. Robimy teraz, gdzie po zbożu ani śladu...A ziemia ma chwilę na odpoczynek.
Po takim biegu nie ma prawa być zimno!
I tylko zapowiedź oglądania "baji" jest w stanie skusić do powrotu do domu.
Wracamy lżejsi i jaśniejsi. Oboje ;)
Ta jesień słoneczna...
Ciągłe wołanie Miau i bieganie za nim... A miau, wiadomo, chowa się, ucieka, i o to co chwilę jest płacz...
Babie lato? Nie wiem, chyba nie było babiego lata. Albo ja je przeoczyłam... Za to była to jesień z liśćmi wchodzącymi do domu. Liśćmi pewnymi, jak armia żołnierzy- żółte, lipowe, zupełnie nieustraszone i zdecydowane w swoich ruchach...
Do tego gruszki, jak bomby lecące z góry,z najwyższych gałęzi. W pewnym momencie mamy już gruszkowy dywan w całej okolicy pnia.
Witek ładuje te gruszki do bagażnika swojej brumy i przewozi je pod dom. Tam przekłada do wiaderka i pędzi po nową dostawę. Mój pomocnik:)
Teraz podobnie upycha suche liście; pełnymi garściami na taczkę, a potem wywozi je na większą stertę przygotowaną do rozpalenia ogniska... Biega z rumieńcami na twarzy, tak jest oddany temu zajęciu i woła do mnie: "Mama, ja w pracy!" :)
Jesień deszczowa...
Odwiedza nas babcia w butach małej Mi i pani rozgłaskana w kocie. Pani, u której wcześniej ten kot był, więc głaszcze go z sentymentem i sprawdza, "czy poznaje"...Chodzą, oglądają, a Witek wszystko, niczym gospodarz, im pokazuje. To jest tu, to tam. I w kółko. Mówi tyle i tak głośno, że nie słyszymy dokładnie siebie. Tak, to dziecko lubi gości...
Później robimy wianek na drzwi z kwiatów miechunki- żeby było energetycznie i ciepło.
Witek łamie gałązki, zrywa "latarenki", bo tak trochę wyglądają te kwiaty, ale w końcu udaje się coś "zapleść".
W świetlicy, zupełnie nieprzygotowani trafiamy na zabawę Halloween, gdzie wymalowane dzieci witają nas i próbują przestraszyć Witka. Nie muszą się bardzo starać, bo ich przebrania i wymalowane twarze robią wrażenie. W końcu Witek na wszystkich woła "lew" i ucieka (a lwa się boi), trochę zaczepia, potem znowu ucieka...tak w kółko. Jest całkiem zabawnie, ale kiedy gaśnie światło a wydrążone dynie zaczynają straszyć swoimi świeczkowymi oczami- wracamy do domu:)
Tyle pamiętam z tej jesieni...
Jesień mroźna...
Nie jest wcale, aż taka mroźna. Kilka dni nas postraszyło, teraz jest całkiem ciepło. W lesie liście pachną najintensywniej w taką ciepłą, mglistą pogodę. Dzisiaj mieliśmy okazję to sprawdzić. Zobaczymy, co jeszcze się nam przydarzy...
7 października 2015
"Marta mówi"
Marta mówi to tytuł bajki, którą czasem ogląda Wituś...bajka opowiada o psie, który dzięki "literkowej zupie" posiadł umiejętność komunikowania się z ludźmi. Opowiada im swoje przygody, tłumaczy różne psie zwyczaje. w ogóle bierze czynny udział w życiu całego domu i towarzyszy Marcie i jej przyjaciołom...
Kiedy oglądamy tę bajkę, od razu na myśl przychodzi mi inna Marta - nasza mała sąsiadka- urocza ośmiolatka, która kiedy zacznie już mówić, to... długo nie przestaje! I czasami można dowiedzieć się od niej wiele ciekawych, jak i bardzo zaskakujących rzeczy!
Jakiś czas temu byliśmy z Martą na śliwkowym spacerze. Przy polnej drodze, którą na spacer wybrał Witek znalazłyśmy przesłodkie, dojrzałe węgierki. Co za wspaniała uczta! Zabraliśmy też trochę do domu i na drugi dzień zrobiłam z nich knedle. Marta stwierdziła, że nie wie co to jest te "knedle" i nawet nie miałaby ochoty spróbować, bo ona nie ma smaku na takie słodkie:) Uwielbiam te jej szczere wyznania! Innym razem, bardzo poważnie powiedziała mi, że przez Jej mamę przegrzewa jej się mózg... Wtedy zdębiałam, ale szybko wyjaśniła mi, że to dlatego, że ona każe jej cały czas coś zapamiętywać i Marta tak mocno się na tym skupia i tak mocno pilnuje "żeby pamiętać za mamę", że potem sama nie może zapamiętać swoich spraw. Nawet babcia doradziła jej, żeby sobie często robiła "reset mózgu" i zapominała o wszystkim, ale to podobno pomaga tylko na chwilę... Ja poradziłam Jej z kolei, żeby te rzeczy zamiast zapamiętywać, spisywała na kartce, ale od razu mi przerwała, że bardzo nie lubi pisać...I masz tu babo placek;))
Kilka dni temu Marta przyszła do nas ze swoimi koleżankami. Witek był zachwycony nimi, a One nim. Że tak śmiesznie mówi, że tak śmiesznie popisuje się; robi miny, przynosi kamyki, patyki, że niby to takie skarby... Patrzcie go, jaki zgrywus!;)
Koleżanki - bliźniaczki, zupełnie niepodobne do siebie; ta wyglądająca na starszą podobno jest młodsza itd. Same atrakcje, a na podwórku od razu cyrk! Bieganie za kotem, z kotem, przez kota... Ilford- kocie- ratuj się kto może! Na koniec wizyty pieszczoty i głaskanie, w kolejce, na zmianę, na innych kolanach...:)
Moja głowa już październikowa... Ostatnie "ogródkowe" prace, pierwsze konfiturowe zapasy... W garnku lądują: winogrona, pigwa, czarny bez... Witek odkleja naklejki, podpisujemy słoiki. I te "kolory jesieni"- "wściekłego nieba" wieczorową porą, dojrzałych jabłek, późnych malin, dorodnych dyń, rozognionych, śliwkowych i kontrastowych astrów, wyrafinowanych chryzantem...dłoni ubrudzonych świeżymi łupinami orzechów włoskich. Jednym słowem: mniamniu!
Kiedy oglądamy tę bajkę, od razu na myśl przychodzi mi inna Marta - nasza mała sąsiadka- urocza ośmiolatka, która kiedy zacznie już mówić, to... długo nie przestaje! I czasami można dowiedzieć się od niej wiele ciekawych, jak i bardzo zaskakujących rzeczy!
Jakiś czas temu byliśmy z Martą na śliwkowym spacerze. Przy polnej drodze, którą na spacer wybrał Witek znalazłyśmy przesłodkie, dojrzałe węgierki. Co za wspaniała uczta! Zabraliśmy też trochę do domu i na drugi dzień zrobiłam z nich knedle. Marta stwierdziła, że nie wie co to jest te "knedle" i nawet nie miałaby ochoty spróbować, bo ona nie ma smaku na takie słodkie:) Uwielbiam te jej szczere wyznania! Innym razem, bardzo poważnie powiedziała mi, że przez Jej mamę przegrzewa jej się mózg... Wtedy zdębiałam, ale szybko wyjaśniła mi, że to dlatego, że ona każe jej cały czas coś zapamiętywać i Marta tak mocno się na tym skupia i tak mocno pilnuje "żeby pamiętać za mamę", że potem sama nie może zapamiętać swoich spraw. Nawet babcia doradziła jej, żeby sobie często robiła "reset mózgu" i zapominała o wszystkim, ale to podobno pomaga tylko na chwilę... Ja poradziłam Jej z kolei, żeby te rzeczy zamiast zapamiętywać, spisywała na kartce, ale od razu mi przerwała, że bardzo nie lubi pisać...I masz tu babo placek;))
Kilka dni temu Marta przyszła do nas ze swoimi koleżankami. Witek był zachwycony nimi, a One nim. Że tak śmiesznie mówi, że tak śmiesznie popisuje się; robi miny, przynosi kamyki, patyki, że niby to takie skarby... Patrzcie go, jaki zgrywus!;)
Koleżanki - bliźniaczki, zupełnie niepodobne do siebie; ta wyglądająca na starszą podobno jest młodsza itd. Same atrakcje, a na podwórku od razu cyrk! Bieganie za kotem, z kotem, przez kota... Ilford- kocie- ratuj się kto może! Na koniec wizyty pieszczoty i głaskanie, w kolejce, na zmianę, na innych kolanach...:)
Moja głowa już październikowa... Ostatnie "ogródkowe" prace, pierwsze konfiturowe zapasy... W garnku lądują: winogrona, pigwa, czarny bez... Witek odkleja naklejki, podpisujemy słoiki. I te "kolory jesieni"- "wściekłego nieba" wieczorową porą, dojrzałych jabłek, późnych malin, dorodnych dyń, rozognionych, śliwkowych i kontrastowych astrów, wyrafinowanych chryzantem...dłoni ubrudzonych świeżymi łupinami orzechów włoskich. Jednym słowem: mniamniu!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

